Bezpieczny świat Puchatka

Autor „Kubusia Puchatka” stworzył galerię postaci o wyrazistych charakterach. Każdą z nich nakreślił z wielką czułością, która udziela się również czytelnikom.

Maskotki, przybory szkolne, plecaczki, ubranka, kubeczki, pościel, a nawet tapety z Kubusiem Puchatkiem i innymi mieszkańcami Stumilowego Lasu – to dziś modelowe wręcz wyposażenie dziecięcego pokoju. Kolorowe postaci rodem z filmów Disneya trafiły do reklam, poradników dla dzieci i dorosłych, a nawet zaczęły objaśniać tajniki chińskiej filozofii. Tyle że coraz mniej mają wspólnego z pierwowzorem z książek Alana Alexandra Milne’a. Dochodzi do tego, że dzieci nie rozpoznają Puchatka na oryginalnych, czarno-białych ilustracjach Ernesta H. Sheparda, jakie my, dorośli, pamiętamy z dzieciństwa. Wchodzący właśnie na ekrany kin film „Kubuś Puchatek i przyjaciele” ma być powrotem do „prawdziwego” Misia. Nie chodzi, oczywiście, o powrót do czarno-białej stylistyki, ale o wierność literaturze. Przez lata bowiem postać Kubusia tak się skomercjalizowała, że zapomnieliśmy o przyczynach jej popularności.

Czas wielkiej przygody

Fenomen Puchatka i jego ponadczasowość wiążą się z geniuszem literackiego pierwowzoru. Milne stworzył w nim galerię postaci o wyrazistych charakterach. Każdą z nich nakreślił z wielką czułością, która udziela się również czytelnikom. Kochamy bohaterów z ich słabościami: „małym rozumkiem” Kubusia, strachliwością Prosiaczka czy malkontenctwem Kłapouchego. Bo podskórnie czujemy, że w świecie stworzonym przez Milne’a można czuć się bezpiecznie. Tutaj zwycięża przyjaźń, a jedynym zagrożeniem może być ewentualnie żądło pszczoły lub pęknięcie balonika.

 

Taki świat mógł stworzyć tylko ktoś, kto rozumie dzieci. I rzeczywiście: Alan Alexander Milne należał do ludzi zafascynowanych dzieciństwem. Uważał, że przyjaźń i głód wspólnej przygody są największą wartością tego wieku. Sporo w tych przemyśleniach zawdzięczał ojcu, który od początku dbał o jego hart ducha. Jako chłopiec uprawiał wiele sportów, brał udział w licznych grach sprawnościowych, czasem nawet ryzykownych. Także ojciec, a nie edukacja szkolna, obudził w nim przekonanie, że umiejętność „ubierania myśli w odpowiednie słowa” i logiczne myślenie jest tym, co można postawić na równi z dawną umiejętnością posługiwania się mieczem. „Alan wyrósł na człowieka, który nie znosił rozkazywać innym i nie znosił, gdy inni mu rozkazywali. Dobrze czuł się jedynie jako równorzędny partner w relacjach, w którym nikt nad nikim nie góruje” – pisze Ann Thwaite, autorka biografii pisarza. Nic dziwnego, że Milne chciał te zasady przenieść również do wykreowanego przez siebie świata.

 

Narodziny Puchatka

Zaczynał od artykułów i parodii przygód Sherlocka Holmesa. W 1910 r., dzięki wsparciu samego R.C. Lehmanna, znalazł się w redakcji prestiżowego „Puncha”. Cała Anglia chłonęła już wtedy pisane przez Milne’a opowieści dla dorosłych. Po narodzinach syna pisarz zmienił nieco zainteresowania – zaczął tworzyć wiersze, które ofiarowywał żonie jako prezenty, ta zaś wysyłała je od razu do magazynów. Popularność tych utworów popchnęła go w stronę twórczości dla dzieci. „Kubuś Puchatek”, wydany w 1926 roku, przyniósł pisarzowi międzynarodową sławę. Dwa lata później ukazała się kontynuacja przygód Misia – „Chatka Puchatka”. Łącznie książki Milne’a dla dzieci sprzedały się dotąd w ponad 7 milionach egzemplarzy.

Podczas pisania autor wykorzystywał doświadczenia z własnego dzieciństwa, ale z wielką uwagą obserwował też swoje dzieci. Sam Kubuś Puchatek, podobnie jak wiele innych postaci z książki, otrzymał imię jednej z zabawek Christophera Robina Milne’a, syna pisarza. Kupiony w drogim sklepie Harrodsa pluszak zawdzięczał z kolei swoje miano niedźwiedzicy Winnie z londyńskiego ogrodu zoologicznego. Milne przyszedł po raz pierwszy do zoo z synem, gdy ten miał cztery lata. Maluch, który bardzo polubił Winnie, stał się książkowym Krzysiem, pierwszym adresatem opowieści o Puchatku.

Kubuś czy Fredzia?

W oryginale imię Misia brzmi: „Winnie the Pooh”. Translatorzy do dziś spierają się, jak należy je tłumaczyć. Nie jest to tylko polski problem, wystarczy spojrzeć na różnorodne brzmienie tego imienia w innych językach: białoruską „Winię-Pych”, duńskiego „Petera Plysa”, norweskiego „Ole Brumma” czy węgierskiego „Micimackó”. U na sporo szumu wywołało w latach 80. ub. wieku tłumaczenie Moniki Adamczyk-Garbowskiej, która nazwała Misia… „Fredzią Phi-Phi”! Autorka przekładu uzasadniała swoją decyzję tym, że „Winnie to nic innego jak zdrobnienie od Winifredy”. Tymczasem imię niedźwiedzicy z londyńskiego zoo pochodziło od kanadyjskiego miasta Winnipeg (misia sprowadzono do Anglii z Kanady).

Mniejsza zresztą o tę pomyłkę, rzecz w tym, że translatorska hiperpoprawność zniszczyła cały urok imienia, które zakorzeniło się już w polskiej kulturze dzięki kongenialnemu przekładowi Ireny Tuwim. Bowiem przy tłumaczeniu książek takich jak ta, ważniejsze od ścisłej wierności oryginałowi jest językowe wyczucie. Większość słownych gier Milne’a jest właściwie nieprzetłumaczalnych. Na szczęście siostra Juliana Tuwima nie siliła się na dosłowność, ale starała się zachować ducha oryginału, jednocześnie bawiąc się polszczyzną. Dzięki temu mamy „małe Conieco”, „krewnych-i-znajomych Królika” czy „Praktyczną Baryłeczkę do Przechowywania Różnych Różności”. Wszystkie te określenia weszły na stałe do języka polskiego. Podobnie jak paradoksalne konstrukcje typu: „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”, od których aż roi się w książce.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Więcej nowości