Dlaczego jeszcze jestem w Kościele

Źródłem mojej nadziei jest Kościół. To wyznanie możliwe jest tylko w wierze.

W czerwcu ubiegłego roku w Pszowie, w mojej rodzinnej parafii na Górnym Śląsku, jeden z ołtarzy podczas procesji Bożego Ciała nosił tytuł „Kościół źródłem nadziei”. Zdobiło go kilkadziesiąt fotografii świętych, pasterzy, zakonnic, małżonków, ludzi starych i młodych, chorych i zdrowych, bawiących się dzieci. Wszystko to na tle potężnej sieci rybackiej, z krzyżem, kotwicą i biało-czerwoną wstęgą. Zmysł i „czucie” Kościoła – sensus Ecclesiae – moich głęboko wierzących ziomków, budowniczych tego ołtarza, kazały im tak oto nazwać miejsce, z którego bije ufność w ich życie: Kościół.

Niezwykłe. Bo zrobili to w czasie, kiedy miejsce to jest obrzydzane współczesnemu Europejczykowi z całą bezwzględnością zła i rosnącą furią tzw. nowego ateizmu, liberalno-lewicowych mediów oraz postępującej islamizacji kontynentu: vatileaks, ciężkie grzechy Kościoła na Zielonej Wyspie, i nie tylko tam, nieustanna szarpanina wokół szkolnej katechezy, głosu, pozycji i finansów Kościoła w Polsce.

A to jedynie mikrocząsteczka antykościelnej ofensywy, w ogniu której znajduje się rzymski katolik Anno Domini 2012/2013. I mimo to wyznaje – publicznie, na ulicy miasta: źródłem mojej nadziei jest Kościół. To wyznanie – ten rodzaj doświadczenia, z którego owo wyznanie się rodzi – możliwe jest tylko w żywej wierze. Czyli jedynie wtedy, kiedy Kościół jest rzeczywiście rozumiany i przeżywany jako Bosko-ludzki, to znaczy kiedy jego doczesna, widzialna struktura (krucha i słaba jak wszystko, co ludzkie) ma rzeczywiście do czynienia z prawdziwym Bogiem. Kiedy jest komunią z Nim.

Bo źródła Kościoła biją w sercu Boga i tylko jako taki jest Kościół źródłem nadziei. Kościół ma źródło w tym, co w Bogu jest najserdeczniejszym i najczulszym „centrum”. Benedykt XVI tak to tłumaczy:

„Kościół rodzi się w modlitwie, w której Jezus oddaje się Ojcu, a Ojciec wszystko przekazuje Synowi. W tej najgłębszej łączności Syna z Ojcem ukryte jest prawdziwe i wciąż nowe źródło Kościoła, które jest jednocześnie jego zasadniczym fundamentem (Łk 6,12–17)”.

Również w czerwcu, też wieczorem, ale w 1970 roku w Monachium, w siedzibie i na zaproszenie bawarskiej Akademii Katolickiej, Joseph Ratzinger, wówczas profesor dogmatyki na uniwersytecie w Ratyzbonie, wygłosił wykład pod tytułem „Dlaczego jeszcze jestem dzisiaj w Kościele?”. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty tamtego wystąpienia. Ich aktualność – niebywała, komentarz – niepotrzebny.

„Powodów do tego, aby nie być w Kościele jest dzisiaj wiele, i to wzajemnie przeciwstawnych. Do tego, aby odwrócić się od Kościoła, czują się dzisiaj popychani nie tylko ci, którym jego wiara stała się obca i którym jawi się on jako zbyt zacofany, zbyt średniowieczny, zbyt nieprzychylny dla świata i życia, ale również ci, którzy miłują Kościół w jego historycznym kształcie, jego liturgię, ponadczasowość, widoczny w nim odblask wieczności. Ludziom tym wydaje się, że Kościół zmierza ku zdradzie swojej misji, że chce zaprzedać się aktualnej modzie, a tym samym utracić własną duszę. Ci przeżywają zawód na podobieństwo wielkiego zawodu miłosnego i poważnie biorą pod uwagę wycofanie się z Kościoła.

Z drugiej strony istnieją również wzajemnie przeciwstawne powody, aby w Kościele pozostawać. Trwają w nim nie tylko ludzie wierzący w jego misję oraz ci, którzy nie chcą zrywać ze starym, miłym sercu przyzwyczajeniem (jeśli nawet niewielki z niego robią użytek). Przy Kościele trwają z największą determinacją także ci, którzy odrzucają całą jego historyczną misję i namiętnie zwalczają treści, jakie starają się w Kościele zaszczepić czy utrzymać jego oficjalni przedstawiciele. Ludzie ci, choć pragną pozbyć się tego, czym Kościół był i czym jest, jednocześnie nie pozwalają się z niego usunąć, dążąc do uczynienia go takim, jakim w ich opinii powinien być.

[…]
Kto nie jest zwolennikiem postępu, jest jego przeciwnikiem; człowiek musi być albo konserwatystą, albo progresistą. Co prawda rzeczywistość – Bogu dzięki – wygląda inaczej: w ciszy, niemal nie wydając z siebie głosu, żyją w swoim otoczeniu ludzie, którzy po prostu wierzą i którzy również w tej godzinie zamętu wypełniają prawdziwe zadanie Kościoła – budowania na Słowie Bożym modlitwy i wytrwałości dnia codziennego. Nie pasując do zakładanego obrazu, ludzie ci pozostają po większej części nieznani; ten prawdziwy Kościół nie jest wprawdzie całkiem niewidoczny, ale pozostaje głęboko ukryty wśród ludzkiego zgiełku.

[…]
Dla jednego postępem jest to, co drugi musi uznać za niewiarę, a normą staje się rzecz dotychczas nie do pomyślenia: że oto ludzie, którzy dawno już porzucili Credo Kościoła, ze spokojnym sumieniem uznają siebie za prawdziwych, postępowych chrześcijan.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg