Najbardziej ciąży mi milczenie

Z Krzysztofem Zanussim o wezwaniach na SB, wyborach i pociętych filmach.

Barbara Gruszka-Zych: Felietonista jednego z prawicowych tygodników napisał, że był Pan tajnym współpracownikiem bezpieki.

Krzysztof Zanussi: Takie oskarżenia padają pod moim adresem co jakiś czas, jakby komuś sprawiało satysfakcję opluwanie mnie. Tak niszczy się autorytety. Ta sprawa kwalifikuje się do sądu, bo ktoś odmówił mi prawa do dobrego imienia wbrew faktom, które można poznać z dokumentów w archiwach IPN. Poprosiłem redaktora naczelnego pisma o sprostowanie, jednak się nie ukazało.

Jak było naprawdę?

Nieudane próby zwerbowania mnie przez SB opisałem dużo wcześniej w książce „Strategie życia, czyli jak zjeść ciastko i je mieć”. O strategiach życia zawsze trzeba mówić w liczbie mnogiej. W każdej chwili każdy musi wybrać, zadając sobie pytanie: „Na czym naprawdę mi zależy?”.

Zwykle coś sobie wyrzucamy, niezadowoleni ze swojego postępowania.

Postawiła Pani ważną kwestię – jak żyć i pogodzić się z własną niedoskonałością, a jednocześnie nie odpuścić sobie, mówiąc: „Jestem grzeszny i wszystko w porządku”. Przesłanie hippisów „I m OK” jest jednym z najbardziej mrocznych haseł wymyślonych za mojego życia. Dziś wielu uważa, że wszystko będzie nam przebaczone, że nie ma winy ani kary. Tymczasem jesteśmy winni wielu rzeczom, ale akurat temu, co mi się zarzuca, nie jestem winien.

Kiedy pierwszy raz SB wezwało Pana na rozmowę?

To był maj 1962 r. Byłem na drugim roku reżyserii w łódzkiej filmówce. Po pierwszym spotkaniu z panami z SB pobiegłem po radę do mojej pani profesor ze szkoły średniej – Wacławy Śliwowskiej. Była dość znaną działaczką katolicką sprzed wojny, przesiedziała kilka lat w więzieniach stalinowskich. Dostałem od niej mądrą, taktyczną instrukcję – nie szarpać się, nie walczyć, bo oni są silniejsi, należy tylko ich zniechęcić do siebie. Trochę udawać głupiego, zalać ich potokiem pustych słów, zanudzić. Kiedy po pół wieku czytałem źle redagowane dokumenty ubeków, widać było, że to pomogło.

W notatkach ze spotkań zaznaczali, że byli onieśmieleni Pana wyższością intelektualną.

To mi się dość dobrze udaje. Starałem się być bardzo uprzejmy, używałem wielu latynizmów, których nie rozumieli, przedstawiałem w sposób skomplikowany sprawy, o które im nie chodziło, zalewałem ich masą filozoficznych przemyśleń.

Jak motywowali potrzebę spotkań?

Podczas pierwszej rozmowy tłumaczyli, że wzywają mnie, bo w filmówce jest wielu studentów zagranicznych, i prosili, żebym ich powiadomił, jeśliby robili coś przeciw państwu. Powiedziałem, że jeśli ktoś przywiózłby narkotyki, to czułbym się lojalny, także w przypadku komunistycznego państwa, i powiadomiłbym ich o tym. Moja deklaracja pewnie zachęciła ich do dalszych wezwań.

Zobowiązali Pana do tajemnicy?

Nakazywali, żebym o naszych rozmowach nie opowiadał. Stwierdziłem, że mogę to obiecać, ale nie wiem, czy dotrzymam słowa, bo przecież jestem filmowcem, czyli opowiadaczem. Próbowali mnie straszyć, w papierach zostało to mętnie zanotowane. Tego samego dnia na słynnych schodach filmówki wspomniałem kolegom, gdzie byłem. Kilka dni temu zmarła Irena Kamińska, moja koleżanka z roku, dokumentalistka, która dobrze pamiętała, co wtedy opowiadałem. Okazało się, że inni koledzy też byli wzywani przez SB. Po latach wyszło na jaw, że dwóch kolegów, którzy twierdzili, że nie byli, poszło na współpracę. Po miesiącu wezwano mnie po raz trzeci i zagrożono, iż z powodu tego, że rozgadałem o wszystkim kolegom, mogę wylecieć ze szkoły. Odpowiedziałem, że nasze studia są tak kosztowne dla państwa, że nie miałoby sensu, gdyby wyrzucając mnie, stracili zainwestowane w moją edukację pieniądze. Jednak nie ma śladu tych argumentów w mojej IPN-owskiej teczce.

Za to wspomniano o tym, jak „Aktor”, bo taki był Pana pseudonim, opowiadał o Festiwalu Młodzieży i Studentów w Helsinkach.

Relacjonowałem im, jakie ideologiczne zarzuty wobec naszego obozu przedstawia strona wolnościowa. Ich to nie interesowało, natomiast coś z tego koślawo i krzywo zanotowali. Nie mieli mnie co pytać o personalia, bo zdawałem sobie sprawę, że najdrobniejsza informacja dotycząca konkretnego człowieka może mu zaszkodzić. Z jednym wyjątkiem – wspomniałem o panu Suliku, którego poznałem podczas festiwalu. On zresztą sam mi mówił, że będą o niego pytać i co im powiedzieć. To był żyjący w Anglii dziennikarz, pisarz, który potem został filmowcem, wchodził w skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Gdzie odbywały się rozmowy?

W mieszkaniach. Kiedy przyszedłem pierwszy raz, powiedziałem, że mnie, filmowcowi, rzuca się w oczy, że to mieszkanie nie żyje. Z ustawienia mebli, z hotelowego porządku, braku kapci w przedpokoju wynikało, że nikt tam nie mieszka.

Ile razy Pan się z nimi spotykał?

Bodajże cztery razy w ciągu dwóch lat. W lutym 1964 r. porucznik zajmujący się moją sprawą napisał: „Biorąc pod uwagę trudności w nawiązaniu kontaktu, jak też wyraźną niechęć »Aktora« w utrzymywaniu kontaktu z SB, uważam, że dalsze próby nawiązania łączności były niecelowe. W tej sytuacji jedynym wyjściem jest eliminacja”. Może warto w obronie innych, których dotykają podobne, niesłuszne oskarżenia, opowiedzieć o jeszcze jednym przekłamaniu, jakie wytropiłem w dokumentach. Znalazłem tam informację, że unikam spotkań i nie odbieram listów z wezwaniami. To było kłamstwo, bo nigdy bym się nie odważył nie odebrać listu poleconego. Przypisali mi heroizm, do którego nie byłem gotów. Nie próbowałbym również uciekać przed nimi. Wiedziałem, że z ubecją trzeba ostrożnie, bo złamie każdego. To moje odkrycie w dokumentach pokazuje, że zapiski funkcjonariuszy SB często mijają się z prawdą.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg