Przekraczając tabu

„Nieprawi” Adriana Sitaru to kolejny rumuński film dotykający tematu aborcji, z tym że w drastycznym kontekście.

Mało wiemy o współczesnej kinematografii rumuńskiej. Powstają tam jednak godne uwagi filmy, które z rzadka pojawiają się na naszych ekranach. Do takich należały „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” z 2006 roku w reżyserii Cristiana Muniu. Film przedstawiał problem w kontekście historycznym, bo jego akcja rozgrywała się w okresie dyktatury Ceauşescu, kiedy polityka gospodarcza „geniusza Karpat” doprowadziła kraj do ekonomicznej zapaści. Kontekst był ważny, ale nie najważniejszy, bo historia mogłaby się rozgrywać w innym czasie i miejscu, także tam, gdzie sklepy wypełnione są wszelkim dobrem. Był to film o złu, jakim jest sama aborcja, co pokazała jednoznacznie przerażająca kluczowa scena filmu, rozgrywająca się w hotelowej łazience. Ta scena tkwi w widzu jak niedająca się wyrzucić z pamięci zadra.

Trudno porównywać oba filmy. Dzieli je nie tylko strona artystyczna. „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” to film w pełni dojrzały i przemyślany od początku do końca. Od strony realizacji i wykorzystania środków filmowego wyrazu trudno mu było coś zarzucić. „Nieprawi” mieszczą się w zupełniej innej kategorii.

Czasem mamy wrażenie, że oglądamy film dokumentalny, a nie fabułę. Reżyser kręcił poszczególne sceny bez dubli, w jednym ujęciu kamerą z ręki, co nadało im walor autentyzmu. Dzięki temu, zdaniem reżysera, film był bliżej życia, w którym ludzie codziennie stawiają jakieś drobne nawet cele i tworzą sobie plan ich realizacji, ale życie zawsze może zaskoczyć ich jakąś niespodzianką, burząc ten wymyślony wcześniej scenariusz. Aktorzy mieli dużą swobodę na planie i wydaje się, że często z niej korzystali. Można się nawet zastanawiać, czy w tej sytuacji reżyser w czasie zdjęć trzymał się scenariusza. W jednym z wywiadów twierdził, że tak było, w innym, że scenariusza nie miał. Autentyzm pogłębia również montaż, który miejscami wydaje się chaotyczny. Poszczególne sekwencje kończą się nagle, nie ma płynnego przejścia do następnej, co wymaga znacznej uwagi widza. Inaczej można się zgubić w płynącej z ekranu argumentacji. Może było to zamierzenie celowe, bo reżyser przekazał montażyście 25 godzin nagranego materiału zdjęciowego i powiedział mu, że nie da mu scenariusza. Dlaczego? – Bo go nie mam. Nie powiem ci, o czym ma być film, bo sam nie do końca wiem, a nie chcę ci niczego narzucać, podobnie jak aktorom i operatorowi. Zobacz to, zmontuj, a potem porozmawiamy – wyjaśniał w jednym z wywiadów. Tak naprawdę w tym filmie właściwie nie ma prawie akcji, bo wszystko rozgrywa się w rozmowach przy stole i dialogach.

Film Sitaru rozgrywa się współcześnie. Kamera prawie nie wychodzi z ciasnego mieszkania, w którym mieszka Victor Anghelescu z czworgiem dorosłych już dzieci. Victor jest lekarzem. Pierwsza i ostatnia scena filmu toczy się przy stole. Jednak w diametralnie różnej sytuacji. W pierwszej scenie widzimy całą rodzinę w czasie wspólnego obiadu. Żarty, pogaduszki, ojciec deliberuje o fizyce i naturze czasu. Jest miło i radośnie, aż padnie pytanie, które wywoła trzęsienie ziemi. Najstarszy syn, Kosma, informuje rodzinę, że na liście współpracowników tajnych służb z czasów Ceauşescu znalazł nazwisko ojca. Podobno Victor donosił na kobiety, które chciały dokonać aborcji. Jeżeli sprawa została ujawniona, zarówno kobieta, jak i wykonawca aborcji podlegali surowej karze. Zanim Ceauşescu objął rządy, aborcja była właściwie powszechnie stosownym środkiem antykoncepcyjnym. Wbrew powszechnemu przekonaniu również w czasach Ceauşescu nie była całkowicie zakazana. W 1966 roku została ograniczona do wyjątkowych wypadków. Zgodnie z dekretem nr 770 prawo do niej miały kobiety, które urodziły już 4 dzieci lub skończyły 40 lat. Zakazem nie były objęte przypadki kazirodztwa i gwałtu, a także ratowania życia matki. Wszelkie ograniczenia zniesiono po obaleniu dyktatora w 1989 roku. Aborcja znowu stała się powszechnie dostępna.

Etyczny donosiciel

Zaskoczony ojciec nie broni się. Przyznaje, że rzeczywiście przekazywał odpowiednim służbom informacje o tych kobietach. Dowodzi, że informował milicję, a nie Securitate. Wyjaśnia, że nie był tajnym informatorem, ale donosił z powodów etycznych, bo był i jest przeciwnikiem zabijania dzieci. Uważał to za zbrodnię, bo człowiek nie może stawiać się na miejscu Boga. Rozpoczyna się dyskusja, w której młodzi atakują ojca, szermując stereotypowymi argumentami zaczerpniętymi z repertuaru zwolenników aborcji o prawie kobiety do decydowania o własnym ciele, czyli w praktyce do zabicia dziecka poczętego. Najwięcej i najgłośniej krytykowała ojca para bliźniaków, Sasza i Romeo, najmłodsi z rodzeństwa. Przyciśnięty do muru w pewnym momencie oznajmia, że gdyby nie on, Saszy i Romea nie byłoby na tym świecie, bo ich matka chciała poddać się aborcji. Uważała, że z powodu trudnej sytuacji materialnej nie będzie mogła wychować czwórki dzieci. Victor deklaruje, że również dzisiaj jest przeciwnikiem aborcji. Dwoje bliźniaków jednak nie wierzy ojcu, a dyskusja kończy się bójką. Głowa rodziny ostatecznie wyprowadza się z domu.

Ten wątek filmu przedstawił problem aborcji w zaskakującym kontekście. Z jednej strony nie ma wątpliwości, że Victor, donosząc na kobiety, kolaborował z opresyjną władzą, a z drugiej dzięki tym donosom ratował życie dzieciom poczętym. Był kolaborantem, co ma oczywiście negatywne konotacje, i jednocześnie zbawcą wielu ludzkich istnień. Widać, że twórca „Nieprawych” lubi stawiać widza przed moralnymi dylematami. To jednak tylko początek. Teraz, po wyprowadzce ojca, pierwszoplanowymi postaciami filmu stają się Sasza i Romeo, jego najbardziej zagorzali krytycy.

Tymczasem okazuje się, że Sasza jest w ciąży. Z Romeo, czyli bratem bliźniakiem. Rodzeństwo jakiś czas temu nawiązało kazirodczą relację. Dziewczynę dręczy poczucie winy, chciałaby przerwać ten związek, ale Romeo tłumaczy jej, że siła i kierunki działania natury znaczą więcej niż jakiekolwiek społeczne konwencje. W tej wyjątkowo drastycznej sytuacji, kiedy sprawy nie da się już utrzymać w tajemnicy, cała rodzina nie ma wątpliwości. Nawet Victor, przeciwnik aborcji, nie widzi innego wyjścia. Trzeba usunąć dziecko i zażegnać skandal. Paradoksalnie, jak wynika z ostatnich scen filmu, osoba najbardziej zainteresowana zdecydowała, że będzie inaczej.

Po raz kolejny reżyser „Nieprawych” stawia widza w roli sędziego. Sam wydaje się umywać ręce, chociaż ostatnia scena przy rodzinnym stole może sugerować coś innego.

Kazirodztwo w większości kultur jest zakazane. W nielicznych tylko krajach świata takie dobrowolne związki nie podlegają karze. Katechizm Kościoła Katolickiego określa je jako „intymne relacje między krewnymi lub powinowatymi stopnia zakazującego pomiędzy nimi małżeństwa”. Kaziro- dztwo jest grzechem, bo „niszczy związki rodzinne i jest oznaką cofnięcia się do zwierzęcości”. Święty Paweł uznaje je za szczególnie ciężkie i wzywa: „W imię Pana naszego Jezusa... wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała...”. Jednak w filmie nie znajdziemy, mimo że słowo Bóg pojawia się tu od czasu do czasu, kontekstu religijnego. Czy to pozostałość po czasach totalnej demoralizacji czasów komunistycznego reżimu? Częstotliwość, z jaką temat aborcji pojawia się w kinie rumuńskim, wskazuje, jak ważnym jest tam proble‑mem. Według statystyk Rumunia ma obecnie najwyższy wskaźnik aborcji w Europie.

Film Adriana Sitaru przedstawia problem aborcji w zaskakującym kontekście. Z pewnością opowiada historie wyjątkowe, nie oznacza to jednak, że podobne sytuacje się nie zdarzają. Obraz podejmuje temat drastyczny i chociaż stara się zachować umiar w sferze obrazowej, przeznaczony jest dla wyrobionego widza.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Gość
    24.02.2017 11:50
    Cóż, dziękuję za opowiedzenie całego filmu łącznie z zakończeniem. Nie muszę już iść do kina. Czy możemy liczyć, że w następnych numerach "Gość" streści nam więcej kinowych nowości ze wszystkimi detalami? Recenzje, które tylko zarysowują treść, ale skupiają się na walorach artystycznych i odbiorze dzieła, to przestarzały wynalazek. Bo, wiedzą Państwo, trzeba film ZOBACZYĆ, a to jest cała masa zachodu. I bilet do kina więcej kosztuje niż "Gość". Zatem proszę o stałą rubrykę w GN. Jednocześnie apeluję, żeby tytuły od razu informowały o zakończeniu filmu (np. recenzję "Przeminęło z wiatrem" proszę nazwać "Rhett daje kosza Scarlett. O'Hara: 'W końcu jutro też jest dzień'. Ściemnienie").
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.