Pęknięte miasto

Miasto straciło na chwilę oddech i dopiero od dwóch dekad uczy się znów oddychać oboma płucami. Nie spodziewałem się, że zrobi na mnie tak ogromne wrażenie.

Ruszyliśmy do granic (na szczęście nie wytrzymałości), by sprawdzić, czy hasło „Polska jest jak obwarzanek – to, co dobre, jest na obrzeżach” ma wciąż rację bytu. Doskonale wiemy, jak zmieniły się granice od czasu, gdy Józef Piłsudski wypowiadał tę słynną dewizę, dostosowaliśmy się więc do dzisiejszych miejsc pogranicza. Wybraliśmy krainy na krańcu mapy, na styku. Przestrzenie, w których mieszają się języki, narodowości, kultury, wyznania. Urzekające pięknem krainy, gdzie Wschód spotyka Zachód, Bizancjum – Rzym, a Tomasz z Akwinu – Mikołaja Cudotwórcę. Tygiel kultur i religii. Miasteczka, w których po brukowanych uliczkach spacerowali ramię w ramię Polacy, Litwini, Niemcy, Żydzi, Cyganie, staroobrzędowcy. Na zakończenie wakacyjnego cyklu, który zatytułowaliśmy „Na skraju Polski”, zapraszamy do Zgorzelca/Görlitz, miasta pękniętego na pół.

Pęknięte na pół miasto przegląda się w rzece. Strona polska z zazdrością zerka na odrestaurowane niemieckie kamienice. Kaczki (die enten) kompletnie nie przejmują się podziałami narodowościowymi. Krążą od brzegu do brzegu. Zajadają i polski, i niemiecki chleb.

Kilkadziesiąt dni temu w czasie mundialu w knajpkach po naszej stronie rzeki (tańsze piwo!) kibice topili swe smutki. Najpierw zdruzgotani grą swej jedenastki Niemcy, potem Polacy.

Go west!

Dotąd zawsze ciągnęło mnie na wschód, w miejsca, gdzie Rzym spotyka Bizancjum, a pustelnik Serafin z Sarowa Faustynę Kowalską. Tym razem wybrałem odwrotny kierunek. Zbliżał się najgorętszy dzień upalnego lata. Miałem przekonać się na własnej skórze, czy nazwa Zgorzelec naprawdę pochodzi od słowa gorzeć, płonąć (gorěti).

140 km za Wrocławiem wysiedliśmy przy bulwarze nad Nysą. Zbliżał się wieczór, upał zelżał, a knajpki wypełniły się głośnym tłumkiem zerkającym na pilnujące porządku gigantyczne wieże kościoła Piotra i Pawła. „Śliczne, výborné, schöne” – słychać było znad talerzy.

Przejście przez graniczne mosty na Słowacji czy w Czechach jest niemal niezauważalne. Most na Nysie Łużyckiej łączy dwa światy. Tu Goethe spotyka Słowackiego, Wagner – Chopina, spätzle – pierogi, nieszpory – luterańskie hymny adwentowe, a rewolucyjne mistyczne intuicje Jakuba Böhmego – teologię Akwinaty.

Miasto sukienników i kupców stanęło na dwóch niezwykle ważnych szlakach: Via Regia i znaczonej muszelkami drodze do Santiago. Dziś Görlitz przeżywa drugą młodość. – NRD wyraźnie mu nie służyło. Starówka była w opłakanym stanie. Pojawiły się nawet plany jej wyburzenia – opowiada Renata Burdosz, rzecznik Urzędu Miasta Zgorzelca. Zna miasto jak własną kieszeń i może opowiadać o nim, z błyskiem w oku, godzinami. Urodziła się tu, na 15 lat wyemigrowała do stolicy, ale wróciła. Jej mama pracowała przez lata po niemieckiej stronie. To tutejsza klasyka gatunku.

Zmartwychwstanie

Znajomi, którzy odwiedzali Görlitz przed dwoma dekadami, dziś przecierają oczy ze zdumienia. Cacko, perła – cmokają z zachwytu. Odrestaurowano aż 3500 zabytków (największa liczba w całych Niemczech), a w rankingach na najpiękniejsze miasto naszych zachodnich sąsiadów Görlitz zdobywa czołowe lokaty. – Nic dziwnego. Jeden z darczyńców co roku przekazywał na jego renowację milion euro – słyszę z nutką zazdrości po polskiej stronie rzeki. Po zjednoczeniu Niemiec aż 15 tys. mieszkańców (jedna czwarta miasta) wyjechało do byłego RFN. Zniszczone kamienice można było wówczas kupić za bezcen. Dziś po stronie niemieckiej miasta mieszka około 3 tys. Polaków.

„Po czeskiej stronie znalazł się dworzec kolejowy, po polskiej zabytkowa starówka, zamek, teatr, szkoły i kościoły. Po dwóch stronach rzeki pozostały rozdzielone politycznymi decyzjami rodziny” – pisałem przed miesiącem o Cieszynie. Tu zastajemy odwrotną sytuację: w 1945 r. po stronie niemieckiej pozostała najpiękniejsza część miasta, zapierająca dech w piersiach starówka, po polskiej przedmieścia. W Zgorzelcu zobaczymy imponujący, przypominający Reichstag, Miejski Dom Kultury (Halę Chwały otwarł w 1902 r. sam cesarz Wilhelm II), klimatyczne bulwary i starannie odnowiony dom, w którym przez 11 lat mieszkał Jakub Böhme. Ten genialny szewc, mistyk, protestancki teolog, który jako pierwszy pisał nie po łacinie, a po niemiecku, przez sobie współczesnych uważany był za rewolucjonistę i szarlatana. Jego śmiałe tezy budziły opór materii, a on sam został przez miejskich rajców wygnany z miasta. Dziś jego kamienicą przy Przedmieściu Nyskim opiekuje się Muzeum Łużyckie. Pod wpływem szewca tworzyli m.in. Angelus Silesius, Schelling, Hegel i Adam Mickiewicz. Jego dom odwiedził przed 12 laty zafascynowany gnostykiem amerykański aktor Nicolas Cage.

Filmowcy zadomowili się tu zresztą na dobre. Za rzeką kręcono „Bękarty wojny” Quentina Tarantino (reżyser trafił tu po raz pierwszy przed dekadą i zakochał się w mieście), „Lektora” Stephena Daldry’ego, „Złodziejkę książek” Briana Percivala, „W 80 dni dookoła świata” z Jackiem Chanem czy obsypany Oscarami „Grand Budapest Hotel”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |