Miałem szczęście spotkać ludzi

O umykaniu czasu i wierszach o miłości mówi poeta Janusz Szuber.

Barbara Gruszka-Zych: Widzimy się po latach i chyba wypada porozmawiać o upływającym czasie.

Janusz Szuber: Wydaje się, że czas upływa w tempie zależnym od tego, w jaki sposób go przeżywamy. Poczucie, że tak umyka, prawdopodobnie ma związek z naszym wiekiem.

Przychodzi moment, kiedy czuje się to mocniej?

Odczuwa się to przez nieobecność bliźnich, których nieustannie ubywa. Bardzo dotkliwa jest rachuba tych, którzy odchodzą. Pokolenie moich rówieśników i starszych oswajało mnie ze światem. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze, a nie jest. Dwa tygodnie temu uczestniczyliśmy z Antkiem Liberą w kolejnym wieczorze poświęconym dramatom od Sofoklesa do Becketta. Idąc tam, zobaczyłem kobietę, którą znałem od dzieciństwa i która uczestniczyła w każdym naszym spotkaniu. Niedawno przeszła wylew i córka wiozła ją na wózku na spacer. Nie wiem, czy mnie poznała, ale się uśmiechnęła. Minął tydzień, a jej już między nami nie było. Dla mnie ta kobieta była żywym świadectwem minionego czasu. Tego nie dadzą mi żadne świadectwa pisane.

Ta pani była punktem stałym Twojego życia.

Razem z jej śmiercią zabrakło kolejnego ogniwa.

Z czym Cię ono łączyło?

Uświadamiało mi, że rzeczywistość nie zaczęła się ze mną i na mnie się nie skończy, że jesteśmy ciągłością. To była ważna lekcja realizmu. Często w moich tekstach pojawia się babcia Maria, z którą mieszkałem aż do czterdziestki. Nie zwracałem się do niej „babciu”, bo to do niej nie pasowało. Ona nie uciekała przed wiekiem, ale była drobna, szalenie aktywna i wyglądała młodo. Jako 95-latka miała problem z tym, że musi oglądać telewizję przez okulary. Oddychałem z nią wspólnym powietrzem, mając świadomość, że pamiętała jeszcze zapach powietrza z XIX w. Nie tylko ze względu na przykład mojej babci zawsze byłem przeciwnikiem tworzenia getta wiekowego. Nadal sprzeciwiam się przekonaniu młodych, którzy uważają, że życie trwa do trzydziestki, a potem to już jest nie wiadomo co. Może ich podejście wynika z tego, że dziś jest coraz mniej rodzin wielopokoleniowych?

Januszu, tracimy ogniwa, ale co ważnego zostaje?

Ważne jest, aby nie mieć wyrzutów sumienia, że się zrobiło jakieś świństwo.

Czyli żeby mieć czyste sumienie?

Pod warunkiem, że się je ma.

Ludzie nie mają sumienia?

Wiele wskazuje na to, że sumienie, jak dusza Pana Cogito u Herberta, może opuszczać nas na wiele miesięcy, a potem przychodzi, czesze siwe, potargane włosy przed lustrem, nie zwraca uwagi na prawowitego właściciela. Jestem wyznawcą Herberta, znam na pamięć „Pana Cogito”. 1974 rok to jedna z pamiętnych dla mnie dat.

Bo wtedy ukazał się „Pan Cogito”. To Twój dekalog?

Po prostu przylgnąłem do Herberta, choć nie uważam, że jest największym współczesnym poetą. Kocha się nie dlatego, że ktoś jest najpiękniejszy.

Dlaczego się kocha?

To ty jesteś od duszy… A gdy się zakochujesz, to dlaczego?

Nie wiem…

(śmiech) No widzisz, ja też nie wiem, to się dzieje poza przewidywaniami. Na przykład jakiś mężczyzna widzi trzy dziewczyny, jedna z nich jest mało atrakcyjna, ale to właśnie nią się zachwyca. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, przecież nie jestem sanockim casanovą. (śmiech)

Casanova nie musi się znać na miłości.

Ale ma doświadczenie.

Miłość niejedno ma imię. Ty masz doświadczenie w miłości do Sanoka. Poświęciłeś temu miastu ostatni tomik ze swoim adresem w tytule: „Rynek 14”.

Sanok to jedyna rzeczywistość, w której przebywam od czasu choroby. Tym niedużym tomikiem postanowiłem zamknąć pisanie wierszy. Nie znaczy to, że żadnego tomiku już nie wydam, ale że nie piszę wierszy z myślą o większej kompozycji.

Na szczęście to postanowienie wymyka Ci się spod kontroli.

Zawsze się bałem, żeby nie wpaść w autoepigonizm. Nawet u naszych największych poetów przychodził moment szczytowy, po którym nadal pisali wiersze, ale nie tak dobre jak kiedyś. Patrzę na nich i próbuję się uczyć na ich błędach.

Pisanie wierszy to też wyraz miłości.

Często nieodwzajemnionej. (śmiech)

Debiutowałeś jako 47-latek. Jak sobie radziłeś, pisząc do szuflady? Dla mnie problemem byłby brak odbiorcy.

Inaczej funkcjonujesz. Pamiętaj też, że równocześnie musiałem sobie radzić ze swoją chorobą.

To ona przebijała się w Twoim życiu na pierwszy plan? Mam wrażenie, że zepchnąłeś ją na drugi.

Może i na trzeci, bo mam jeszcze pasję zbierania grafik, która bardzo mnie cieszy. W baroku poeci chowali swoje teksty do skrzyni, a mole albo szczury sobie podjadały.

Kontynuowałeś tradycje barokowe? (śmiech)

A dlaczego nie? Ale dojrzałem do publikacji. Tak samo jak kiedyś zdecydowałem, że pokażę światu wiersze, tak teraz chcę ogłosić, że zamykam mój sklep. Wielu współczesnych pisarzy zaczyna przysypywać proch, a ich miejsce zajmują nowi autorzy.

Żyjemy w świecie do trzech czwartych zasypanym prochem tych, którzy odeszli, przestali być czytani itp.

Myślę, że to 99 procent.

Zapominasz, że codziennie rano budzi nas słońce, aż chce się żyć.

A z drugiej strony w literaturze nadmiernie eksploatuje się katastrofizm.

Siedzisz na wózku i mówisz o katastrofizmie. To katastrofa poruszać się na wózku?

Oczywiście, że tak. Przymusowe siedzenie, zależność od innych jest wbrew naszej naturze. Kiedyś napisałem takie zdanie, że wszystko, co się zdarza, jest dobre. Przecież cały świat jest naznaczony cierpieniem. Mam siedemdziesiąt lat. Co o tym wieku powiada psalmista Pański? Że to czas człowieka, trzeba już pakować manatki. Zeszliśmy na tory funeralne. (śmiech) Ważne, żeby przyjmować ze spokojem to, co przynosi los.

„Ludzkie przygody, ludzkie noś” – te słowa z „Trenów” Kochanowskiego zaczerpnięte z Cycerona brzmią dla Ciebie maksymalistyczne czy minimalistyczne?

Robię maksimum tego, co można, w sytuacji, w jakiej się znalazłem. Mogłem o wiele lepiej zagospodarować czas swojego życia, ale jakby ono wtedy wyglądało? Zamiast zaśmiecać świat swoimi książeczkami, zająłbym się informatyką albo nauką języków obcych. A ja nie umiem nic innego tylko pisać wiersze.

Ale przecież umiesz żyć.

Jak to rozumiesz?

Potrafisz cieszyć się życiem, znajdować w nim sens, mimo że tyle czasu tracisz na walkę z gośćcem.

Mam coraz mniej czasu dla siebie, poświęcam wiele godzin na rehabilitację. Od czasu, kiedy sam nie wstaję, wszystko się zmieniło. Inaczej też patrzę na sprawy, które kiedyś mnie cieszyły. Cieszyło mnie, kiedy ukazał się tekst o moich wierszach albo ich nowe wydanie. W tej chwili myślę o papierze zmarnowanym na moje teksty. Herbert też postawił taki postulat, że najlepiej, jeśli zostanie po nim puste siodło.

Ale przedtem tyle napisał! I Ty też. Można tak mówić, kiedy się tyle powiedziało.

Wracając do zachwytu życiem – przez lata przyjaźniłem się z prof. Leszkiem Rózgą, wybitnym grafikiem z Łodzi. Godzinami rozmawialiśmy przez telefon. Mam wiele takich przyjaźni telefonicznych. Kolekcjonowałem grafiki, o których rozmawialiśmy. Każda przesyłka od Leszka bardzo mnie cieszyła. On uważał, że życie ma sens, kiedy się w nim w pełni uczestniczy. W swoim czasie próbowałem tak żyć, ale w pełni mi się to nie udało. Ostatnio zachwycił mnie wiersz Miłosza „Do Heloizy”. Wracałem do niego, czytałem, mlaskałem. Ale ktoś mógłby powiedzieć, że mój zachwyt grafikami czy wierszami jest erzacem spraw istotnych.

Jakich?

Wynikających z normalnego funkcjonowania. Choć naprawdę nie wiem, co to jest „normalne funkcjonowanie”. Herbert w wierszu „Mordercy królów” napisał, że jego bohaterowie mogli zabijać, bo byli „zdrowi to znaczy przeciętni”, ponadprzeciętni w normalności.

Choroba, niepełnosprawność sprawiają, że cierpiący, chcąc nie chcąc, znajdują się w swoistym getcie. Doświadczasz tego?

Z natury istnienia społeczeństwa ludzie chorujący, kalecy byli od zawsze spychani na margines. Nawet w sztuce pokazywano ich w określony sposób. Na przykład garbaty z rękami sfatygowanymi reumatyzmem na średniowiecznym obrazie był stygmatyzowany, występował jako dziad, ktoś zły. Starą, bezzębną kobietę przedstawiano jako czarownicę. Cała literatura realistyczna, nie wspominając o średniowiecznej, pokazuje, że człowiek stary, chory znajdował się poza społeczeństwem. Osobny temat to niepełnosprawny w kulturze greckiej…

W starożytnej Grecji okrutnie traktowano takie osoby.

W Grecji piękno utożsamiano z dobrem. Ktoś, kto się rodził chory, kaleki, był strącany ze skały. Gdyby jacyś młodzi uczestnicy współczesnej paraolimpiady czytali „Dysk olimpijski” Parandowskiego, nie czuliby się najlepiej.

No to przyznaj się, jak Ci się udało być pięknym i mężnym mimo tak ciężkiej choroby? Nie można się nad Tobą litować.

A czy ty myślisz, że czasem z jej powodu nie przeżywam momentów wstydu? Nasze społeczeństwo ma krótką pamięć. Wielu zapomina, jak do niedawna traktowało się niepełnosprawnych. W moim dzieciństwie dzieci kalekie ukrywało się w domach. Nie mamy gwarancji, że to nie wróci. Zdawałoby się, że ruchy faszystowskie zniknęły…

…ale się odradzają. Niebezpieczeństwo gdzieś się czai.

Lubię oglądać książkę albumową „Rok polski”. Jej autorka stawia tezę, że obyczaj i wiara nawzajem się wspomagają. Kiedy widzisz w niej obrazy wsi w malarstwie drugiej połowy XIX w., rzucają ci się w oczy karłowaci staruszkowie, mający około czterdziestki. To się wszystko zmieniło – niepełnosprawni biorą udział w życiu, ale nadal trzeba zachować ostrożność. Według mnie obecny stosunek do ludzi „innych” z powodu wieku czy choroby jest pozłotką rzeczywistości. Społeczeństwo uważa, że paraolimpiada albo zdobywanie szczytów górskich przez niepełnosprawnych przy pomocy zdrowych wiele załatwia. Jest to ważne dla niepełnosprawnych, ale nie tak jak codzienne życie. Wydaje mi się, że często przemawia tu jedynie dbałość o tzw. poprawność polityczną.

Co Ci pomagało przetrwać trudne chwile?

Na pewno miało znaczenie to, że spotykałem świetnych ludzi. Można było z nimi poważnie porozmawiać, traktowaliśmy się na serio. Niewątpliwie to byli moi życiowi edukatorzy.

Mam wrażenie, że trzyma Cię też miłość.

Jeśli chcesz wiedzieć, co to jest miłość, przeczytaj ostatnią księgę „Boskiej komedii”.

Dante pisze w niej o sile wprawiającej w ruch słońce i gwiazdy.

Ale, z drugiej strony, ile to ma wspólnego z prawdziwą miłością? Dzieło Dantego to przecież sztuka, a w niej, jak samo słowo sugeruje, zawsze jest coś sztucznego. Niepotrzebnie robisz ze mnie znawcę wszystkiego, także miłości. Miłosz twierdził, że w życiu trzeba się czymś zachwycić, zakochać, niezależnie od tego, czy to jest przedmiot, istota żywa, czy idea.

To w takim razie jesteś zakochany.

Na to pytanie odpowiedziałem już w siedemnastu tomikach. Składam teraz uroczystą deklarację, że ten, kto pisze wiersze, powiedział w nich, ile potrafił, i nie musi już zabierać głosu w tej czy innej kwestii.

Z tych tomików dowiaduję się o Twojej miłości.

No to wyszło szydło z worka. (śmiech)•

Janusz Szuber

Poeta. Jego tom „Tym razem wyraźnie” otrzymał Literacką Nagrodę „Orfeusz”. Wybory jego wierszy ukazały się m.in. w Nowym Jorku, Belgradzie, Kijowie. Od czasów studiów na warszawskiej polonistyce choruje na ostrą postać gośćca. Porusza się na wózku inwalidzkim. Mieszka w Sanoku.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.