Ze starej dobrej szkoły

Joanna i Jan Kulmowie byli parą niezwykłą. Choć sami nie mieli dzieci, zostawili po sobie dziesiątki wychowanków, których nazywali „siostrzeńcami”.

Koniec sierpnia przyniósł smutną informację o śmierci Jana Kulmy. Wiadomość ta poruszyła wiele osób zajmujących się różnymi dziedzinami twórczości, bo też sam Kulma był człowiekiem orkiestrą. Reżyserem teatralnym i telewizyjnym, muzykiem, filozofem i pisarzem, współzałożycielem Warszawskiej Opery Kameralnej, a w młodości – żołnierzem AK i uczestnikiem powstania warszawskiego. Zmarł w wieku 97 lat, choć w wielu biogramach jako data jego urodzin podawany jest rok 1927. To „odmłodzenie” wynikało z fałszywej kenkarty, która miała zabezpieczać przed wcieleniem do Ludowego Wojska Polskiego po wyjściu z powstania.

Ostatnie miesiące Jan Kulma spędził w prowadzonym przez zakonnice domu opieki. Zależało mu na tym, by dokończyć ziemski żywot w tym samym pokoju i łóżku, w którym rok wcześniej odchodziła jego żona – poetka i pisarka Joanna Kulmowa.

Ucieczka od próżności

Byli parą niezwykłą – potwierdzają to wszyscy, którzy się z nimi zetknęli. Choć sami nie mieli dzieci, pozostawili po sobie dziesiątki wychowanków, których nazywali „siostrzeńcami”. Do ich domu w Strumianach przyjeżdżali młodzi aktorzy i dziennikarze telewizyjni, żeby szlifować swój warsztat. A przecież Kulmowie byli ze starej, tak dziś niemodnej szkoły teatralnej, w której liczyło się przede wszystkim słowo. „Jesteśmy za dłubaniną, perfekcją, rzemiosłem” – wyznawali w latach 90. Lidii Ostałowskiej.

Poznali się ponad cztery dekady wcześniej, w Wyższej Szkole Aktorskiej w Łodzi. Joanna, namówiona przez kolegów, poszła na „nudne wykłady o teatrze lalkowym”, podczas których „dziwny gość o śmiesznych brwiach” nie przestawał mówić, mimo że minęło już półtorej godziny. „A ja bezczelna podniosłam dwa palce i mówię: »Chciałam przypomnieć, że za panem wisi zegar«. Zamiast się na mnie obrazić, to się mną zainteresował” – opowiadała poetka Alinie Gutek.

Niedługo potem byli już małżeństwem. Żyli najpierw w wynajmowanych pokoikach, później w małym mieszkanku w centrum Warszawy. Powodziło im się, jak na tamte czasy, całkiem nieźle. On był wziętym reżyserem telewizyjnym, dorabiał w teatrze i operze, ona zarabiała na konkursach literackich, które wygrywała jeden po drugim. Nic dziwnego, że znajomi ze zdumieniem przyjęli ich decyzję o wyjeździe z Warszawy. Uciekali od nacisków władz i cenzury, ale też, jak sami wyznawali, „od własnej próżności”. „Spytałem: czemu żyjemy tak fałszywie? Bo jak biblijny Jakub widzimy drabinę, po której – hop! – chcemy się dostać do nieba. Wchodzimy na pierwszy szczebelek, a wokół szemrzą: o, Kulma, o, Kulmowa. Wspinamy się wyżej. Coraz więcej pieniędzy, władzy i oklasków. Oklaski. Jakie cudowne uczucie. Wychodzi się na scenę, a ludzie krzyczą: re-ży-ser, re-ży-ser, au-tor! Szczęście. Tego nie daje żadna książka. A potem schodzimy ze sceny. I zawstydzeni własną głupotą chcemy jeszcze. To drabina do piekła. Trzeba szukać radości, która nie potrzebuje uznania” – stwierdził po latach Kulma w rozmowie z Lidią Ostałowską.

Nie zaczynajcie od gimnastyki

Zamieszkali w leśniczówce w Strumianach, niewielkiej osadzie w sercu Puszczy Goleniowskiej, która stała się wkrótce ich miejscem na ziemi. Tu znali ich wszyscy, bo pomagali ludziom, m.in. pisząc dla nich listy i podania, załatwiając trudne sprawy urzędowe. W stanie wojennym Jan został organistą w pobliskim kościele, razem z żoną tworzyli też dla szczecińskich uczniów „strumiańskie komplety” – spotkania literackie odbywające się w wiejskich świetlicach i kościołach. Prowadzili chór parafialny koncertujący po całej Polsce, a w 1985 r. goszczący w Watykanie u Jana Pawła II. Przygotowywali jasełka i misteria wielkopostne. „Przysporzyliśmy tej ziemi nieco kultury, ale zrobiliśmy to z potrzeby zaznaczenia swojego miejsca tam, gdzie rzucił nas los” – twierdziła Kulmowa.

Jak udało im się przez ponad sześć dekad tworzyć tak znakomity duet? „Nie to, że ją lubię. Ja nauczyłem się lubić to, co ona lubi, mieć gust, jaki ona ma. Myśmy się po prostu do siebie przystosowali. Ot, i cała tajemnica, a nie żadna tam miłość” – mówił, nieco prowokacyjnie, Jan w rozmowie z Aliną Gutek. Młodym ludziom tłumaczył, że seks jest ważny, bo cementuje związek. „Ale jak ludzie od seksu zaczynają i myślą, że na seksie skończą, to się grubo mylą” – dodawał.

Joanna radziła swoim podopiecznym podobnie: „Nie zaczynajcie od gimnastyki. Bo młodzi myślą, że z tego bierze się miłość. Nas strasznie denerwują te idiotyczne filmy, gdzie po pół godziny znajomości dziewczyna z chłopakiem kładą się do łóżka. Poczekajcie, dzieci. Ja myślę, że miała sens niepisana umowa, jaka dawniej obowiązywała: mężczyzna zdobywa kobietę, a ona udaje, że jej na tym nie zależy”.

Sami przez dziesięciolecia uczyli się godzić sprzeczne charaktery: jej wygadanie i jego nieśmiałość, jej wczesne wstawanie i jego długie spanie, jej umiłowanie poezji i jego namiętność do filozofii. Ale przez to godzenie stawali się coraz bardziej nierozłączni.

Wychylona w tamtą stronę

Ze Strumian wypędziły ich… nutrie. A może norki – źródła nie są w tym miejscu zgodne. Tak czy inaczej fetor niosący się z fermy utworzonej w połowie lat dziewięćdziesiątych tuż za płotem leśniczówki stał się nie do wytrzymania. Kulmowie wrócili więc do tego samego małego mieszkanka w stolicy, z którego wyjechali ponad czterdzieści lat wcześniej. Wystarczał im teraz prosty wystrój – „kilka mebli na krzyż: cztery stare krzesła, półki na książki, stół” – notuje Gutek. Większość obrazów, pamiątek i mebli trafiła do utworzonej na cześć niezwykłego małżeństwa Sali Strumiańskiej w gmachu Biblioteki Głównej Uniwersytetu Szczecińskiego.

Pozostawili po sobie, oprócz trudnej do zmierzenia ludzkiej wdzięczności, bogaty dorobek twórczy. Jan wyreżyserował ponad 20 sztuk teatralnych i oper, nakręcił dwa filmy o wileńskim obrazie Jezusa Miłosiernego, ale bardzo wiele czasu poświęcił też filozofii. Założenia i wyniki czterdziestoletnich analiz na temat sensu życia, etyki, wiary i szczęścia przedstawił m.in. w wydanych w 2014 r. „Dykteryjkach przedśmiertnych”, będących także czymś w rodzaju wycinków autobiografii, przedstawianych na tle historii Polski. Owoc pracy filozoficznej, maszynopis zatytułowany „Poszukiwanie prawdziwej etyki przy pomocy metody suplementarnej”, przechowywany jest we wspomnianej Sali Strumiańskiej.

Joanna, pisząca już od wieku nastoletniego, miała w dorobku wiele tomów wierszy, poematy, songi, libretta operowe, a także słuchowiska radiowe. Mimo to najbardziej kojarzono ją z twórczością dla dzieci. „Często wpycha się mnie do szuflady z napisem »poezja dziecięca«, a przecież to niewiele znaczy” – żaliła się Jarosławowi Mikołajewskiemu. „Poezja dziecięca i poezja dorosła to różne obszary tej samej osobowości. Tyle tylko, że kiedy piszę dla dzieci, to piszę dla tego dziecka, które jest we mnie. A kiedy piszę utwory dorosłe, to dla mojej części dorosłej”. Z czasem jej wiersze coraz częściej stawały się modlitwami. „Cała jestem wychylona w tamtą stronę. Chciałabym, żeby ktoś modlił się moimi wierszami” – zwierzała się innym razem Lidii Ostałowskiej.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg