Rapujący chasyd w czwartek we Wrocławiu

„Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie…” – zaśpiewa Matisyahu

Matisyahu – chasyd poruszający się od lat w świecie reggae i hip-hopu zagra w najbliższy czwartek we wrocławskiej Hali Stulecia. Polska publiczność usłyszy wyrapowane z prędkością karabinu maszynowego słowa: „Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie, niech uschnie moja prawica”.

„Świat trwa jedynie dzięki oddechowi dzieci studiujących Torę” – mały Matthew Miller musiał znać tę chasydzką dewizę. Ale nie przejmował się nią zbytnio.

Urodził się w Pensylwanii w 1979 r w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, ale gdy jego rówieśnicy pilnie ślęczeli nad wersami Tory, a później z wypiekami na twarzy zaczytywali się w komentarzach cadyków chłopak zwiewał. Ze szkoły i od religii. Rodzice wprawdzie wysyłali Mateuszka do szkoły żydowskiej, ale nauczyciele nie potrafili sobie poradzić z niesfornym uczniem. Do czternastego roku życia Matthew wiódł wyluzowany tryb życia hipisowskich nastolatków. Należał do grupy „Dead-Head”, zapuścił dready, a gry na bango, ku przerażeniu kadry pedagogicznej uczył się wybijając rytm… w ostatnich ławkach klasy. Żył beztrosko. Do czasu.

Nie przypuszczał, że jedna niewinna wycieczka przewartościuje jego życie. Chłopak ruszył w wysokie góry Kolorado. – Z dala od miejskiego hałasu miałem możliwość spojrzenia w siebie i zastanowienia się nad dotychczasowym życiem – opowiada – W wzbudzających lęk i zarazem podziw górach przyszło niespodziewane światło. Usłyszałem wyraźnie: Bóg istnieje!

Zbuntowany nastolatek zaczął za Nim tęsknić. Rozpaczliwie szukał korzeni. Wyjechał do Izraela. Odkrył na nowo modlitwę i chasydzki taniec. „W każdym niespodziewanie napotykanym zakamarku, moja uśpiona żydowska tożsamość przeradzała się w pełną świadomości wiarę” – opowiada.

Wrócił z Ziemi Świętej i na uczelni w Oregonie zaczął uczyć się wyrażania emocji i tęsknot przez dźwięki. Rapował, śpiewał reggae, uprawiał beat box (to sztuka tworzenia dźwięków np. perkusji, czy linii basu za pomocą narządów mowy). Ta mieszanka okazała się strzałem w dziesiątkę, a rapowane opowieści artysty w jarmułce przyciągały coraz większe tłumy. Gdy jako dziewiętnastolatek trafił na uczelnię New School w Nowym Jorku porwał go teatr. Napisał sztukę pt. „Echad” (tłum: „Jedyny”). Spektakl opowiadał historię dwóch chłopaków, którzy na Washington Square Park spotkali sędziwego chasydzkiego rabina i dzięki niemu odzyskali wiarę.

To co stało się po wystawieniu spektaklu jest wprost niewiarygodne. Życie autora zaczęło przypominać jego sztukę. Ktoś dopisał nowy, niezwykły scenariusz. Spacerując po parku Matthew spotkał (oczywiście „przypadkowo”) rabbiego Lubavitch. Zaczęli rozmawiać. To spotkanie przemieniło muzyka. Zmienił imię, zmienił tożsamość. Biblijny Jakub po walce z aniołem stał się Izraelem, zbuntowany Matthew stał się hebrajskim Matisyahu. Jego imię oznacza dosłownie „dar od Boga”. Muzyk przejął styl życia chasydów. Zaczął rapować o Bożej miłości. Dziś hip-hopowy chasyd podbija świat. Jego kalendarz koncertowy jest szczelnie wypełniony. Należy do chasydów bracławskich. – Radość to wielkie lekarstwo – powtarza za cadykiem Nachmanem – Smutek to wygnanie Boskiej obecności. Wszystkie choroby, które spadają na człowieka biorą się z niedoceniania roli radości.

Ktoś, kto widział żywiołowe, pełne ognia koncerty chasyda wie, o czym mowa. W 2008 roku Matisyahu przerwał na rok trasę koncertową i zaszył się w rozpalonych słońcem zaułkach Jerozolimy. Tam wraz z nauczycielem przekuwał lata ślęczenia nad Torą w kilkanaście utworów. Na jego przedostatnim krążku „Light” (wrzesień 2009) znajdziemy zakorzenione w słowie Bożym teksty, pulsujące reggae, hip-hopowe psalmy i dużo, dużo światła. Najlepszy na płycie utwór "One Day" był hymnem Igrzysk Olimpijskich w Vancouver.

Matisyahu będzie promował we Wrocławiu swój ubiegłoroczny krążek Spark Seeker. Przebojowy, rozpędzony, pełen momentalnie wpadających w ucho melodii.

«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama