Pocztówka z Lublina

Polityczny wątek „Volty” niczym nas nie zaskoczy, bo reżyser serwuje toporny dowcip i humor rodem z telewizyjnych kabaretów.

Czy twórca kilku znakomitych, dzisiaj już kultowych komedii najlepsze lata swojej filmowej biografii ma już za sobą? W latach 80., w czasach ponurej przestrzeni ówczesnego schyłkowego PRL-u, komedie Juliusza Machulskiego biły rekordy popularności. „Vabank”, „Seks­misja” czy „Kingsajz” wchodziły na ekrany w zupełnie innej rzeczywistości i praktycznie nie miały konkurencji. W kinach co prawda panowała posucha, ale o sukcesie tych filmów decydowały walory artystyczne. Reżyser, korzystając ze sprawdzonych wzorów światowego kina, potrafił je twórczo przetransponować na polskie realia. Znakomity scenariusz, żywa akcja i jej zaskakujące zwroty, wyraziste sylwetki bohaterów, tworzone na ekranie przez najlepszych polskich aktorów – w tym Witolda Pyrkosza i Jana Machulskiego, ojca reżysera – a także, co przecież w komedii najważniejsze, inteligentny humor i znakomite dialogi stały się wyznacznikami jego twórczości. Wiele powiedzeń z tych filmów weszło do powszechnego użytku. Większość obrazów zgrabnie łączyła wątki sensacyjne z komediowymi. Na filmy Machulskiego po prostu się czekało, a i dzisiaj ogląda się je z przyjemnością. W latach 90. hitem stał się „Kiler” z rewelacyjną kreacją Cezarego Pazury. Później przyszły lata chudsze, chyba tylko w „Vinci” z 2004 r. można było odnaleźć ślady talentu reżysera. Kompletną porażką była natomiast koszmarna „AmbaSSada”.

Przypominając komedie Machulskiego, nie można pominąć znakomitego „Szwadronu”, filmu, który stanowi wyjątek w jego twórczości. „Szwadron”, zrealizowany w 1992 r., jest jednym z nielicznych w polskim kinie filmów poświęconych powstaniu styczniowemu. Twórca przebojowych komedii stworzył obraz powstania widziany z perspektywy rosyjskiej. Machulski napisał scenariusz na podstawie prozy Stanisława Rembeka, pisarza dziś niesłusznie zapomnianego. Film należy do najlepszych z gatunku kina historycznego, jakie powstały w Polsce, chociaż po premierze mało kto go docenił. W pamięć zapada też kreacja Radosława Pazury w roli Fiodora Jeromina, młodego porucznika rosyjskiej armii brutalnie pacyfikującej powstanie.

Komedia i sensacja

„Volta”, najnowszy film Machulskiego, nie jest aż tak zły jak „AmbaSSada”, jednak daleko mu do jego wcześniejszych dokonań. Wydaje się, że tym razem reżyser chciał nie tylko dostarczyć widzowi dobrej zabawy, realizując komedię o wątku sensacyjnym, w której znalazło się wiele odniesień do bardziej czy mniej odległej przeszłości. Znalazły się w nim sceny z czasów wojny domowej w Hiszpanii, czasów napoleońskich, a także XIV i XV wieku. Film miał być satyrycznym komentarzem do tego, co dzieje się na krajowej scenie politycznej. Czy film Juliusza Machulskiego uniósł ciężar ambitnych zamierzeń?

Volta, tytułowy bohater filmu w interpretacji Andrzeja Zielińskiego, jest spin doktorem, czyli człowiekiem, który kreuje wizerunek polityka na potrzeby wyborów. Żyje pod jednym dachem ze swoją o wiele młodszą kochanką Agą i wiernym ochroniarzem, niejakim Dychą. Bohater obraca się w najwyższych sferach po prawej stronie sceny politycznej, jest człowiekiem sukcesu, pewnym siebie i przekonanym, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

Oglądając film, należy zwrócić uwagę na pierwszą scenę, bo ma ona ogromne znaczenie dla rozwoju fabuły. Dla widzów znających twórczość reżysera będzie wskazówką, w jakim kierunku potoczy się akcja. Szkoda tylko, że odbierze im przyjemność, jaka płynie z rozwiązania łamigłówki mozolnie tkanej przez reżysera na ekranie.

Akcja miała być sensacyjna

Napisałem „mozolnie”, bo w filmie zabrakło dynamicznej, żywej akcji, jaka cechowała wcześniejsze filmy reżysera. Ile razy można oglądać podobne rozwiązania dramaturgiczne? Byłyby one nawet do przyjęcia, gdyby okraszano je humorem na jako takim poziomie i zabawnymi dialogami, które w „Volcie” trącą banałem. Niektóre kwestie przypominają narrację popularnonaukowych filmów historycznych czy uniwersyteckich wykładów. Szkoda, bo przecież w filmach Machulskiego nie brakowało kiedyś błyskotliwych dialogów iskrzących się dowcipem.

Początek filmu rozgrywającego się w Lublinie jest obiecujący. Kiedy pewnego dnia Volta wraz z Agą jedzie ulicą przebiegającą koło więzienia, prawie przejeżdża dziewczynę, która nagle usiłuje wydostać się z kanału. Volta jest przekonany, że dziewczyna uciekła z więzienia, bo nagle rozlega się dźwięk alarmu. Za namową Agi zabiera Wiki, bo domniemana uciekinierka tak się przedstawia, do samochodu i zawozi do jej mieszkania. Wiki wyjaśnia, że nie jest uciekinierką, a w kanale szukała upuszczonych kluczy. Aga zaprzyjaźnia się z Wiki, co Volcie niezbyt się podoba. Dziewczyna odnawia sztukaterię w swoim mieszkaniu. Towarzyszy jej Wiki, która jest naocznym świadkiem odnalezienia skarbu, jaki znajdował się w ścianie mieszkania. Skarb natychmiast zainteresował Voltę, który namawia znalazczynię do jego sprzedaży, ale ta odmawia. Volta, który nigdy nie godzi się z porażką, opracowuje misterną intrygę, by za wszelką cenę zdobyć interesujący go przedmiot, mający ogromną wartość nie tylko materialną, ale i zabytkową.

Niestety, im dalej, tym gorzej. Sensacyjna akcja pozbawiona jest jakiegokolwiek dramatycznego napięcia, chociaż autor momentami ogłuszającej widza ścieżki dźwiękowej robi, co może, by załatać scenariuszowe niedostatki w tej materii. Jednak i to nie pomaga, bo w komedii co prawda logika nie ma większego znaczenia, ale w komedii sensacyjnej jest już trochę inaczej. Tu liczy się intryga, na której spójność zabrakło w filmie pomysłu. Śledząc akcję, odnosimy wrażenie, że oglądamy szereg scen, których powiązania nie zawsze są jasne dla widza. Dramaturgię rozbijają też sceny nawiązujące do polskiej historii, ilustrujące m.in. przydługie wykłady historyczki Dąbrowskiej. Zagrali w nich znakomici aktorzy, ale przypominają one raczej fragmenty kiepskiej sztuki wyjętej z telewizyjnego teatru, który rządzi się przecież innymi prawami niż film. Nie wydaje się, by wnosiły coś nowego w kulejącą i tak akcję, wprost przeciwnie. Jeszcze bardziej ją spowalniają, a widz zastanawia się, czy przypadkiem nie ogląda filmowego kostiumowego pastiszu.

Toporny dowcip

Jak już wspomniałem, film dotyka również polskiej sceny politycznej. I tu również niczym nas nie zaskoczy, bo reżyser serwuje nam toporny dowcip i humor rodem z telewizyjnych kabaretów. Podobny poziom prezentują satyrycy z obu stron tej sceny. W filmie mamy do czynienia z Kazimierzem Dolnym, politykiem Partii Socjalistyczno-Narodowej, który przygotowuje się do mających się wkrótce odbyć wyborów prezydenckich. To kapitalna rola Jacka Braciaka. Spin doktor Volta stara się wykreować prostego człowieka znikąd na mocnego przywódcę, którego „rewolucyjny” program dokona dobrej zmiany i zmieni Polską rzeczywistość. Ten rewolucyjny program jest jednocześnie konserwatywny, bo zakłada powrót do wartości z czasów Kazimierza Wielkiego, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”. Jednak Kazimierz Dolny jest tylko mało rozgarniętym, choć głęboko przekonanym o swoich racjach pionkiem w rękach… I tu zgadujmy: kogo? Odpowiedź nie jest zbyt trudna, bo chodzi oczywiście o kryjącego się w zaciszu gabinetu prezesa. Przy okazji dostaje się narodowcom, ugrupowaniom patriotycznym i prawej stronie sceny politycznej. Razi także nachalna reklama Lublina, który z okazji swojego 700-lecia wsparł produkcję „Volty”. Chyba tak doświadczony reżyser mógł zrobić to zręczniej.

Jedną z jaśniejszych stron filmu wystawiającego na próbę cierpliwość widza jest brawurowa kreacja Cezarego Pazury w końcowych scenach. Ale to za mało jak na dzieło reżysera okrzykniętego niegdyś królem polskiej komedii. 

Volta, reż. Juliusz Machulski, wyk.: Andrzej Zieliński, Aleksandra Domańska, Michał Żurowski, Jacek Braciak, Polska 2017

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg