Woszt bezmięsny

– Damy siostrze 100 zł, jak siostra ściągnie welon i pokaże włosy – powiedzieli dwaj biznesmeni do zakonnicy, która zbierała w Katowicach pieniądze na wakacje dla biednych dzieci.

Siostra od razu zdjęła welon i skasowała stówę, a potem dodała: – Jak mi panowie dadzą 500 zł na zbożny cel, to nawet jestem gotowa pokazać miejsce, gdzie byłam operowana na ślepą kiszkę. Zaskoczeni, ale ciekawi biznesmeni złożyli się na tę sumę, a wtedy siostra triumfalnie oświadczyła: – Miejsce, gdzie mnie operowali na ślepą kiszkę, jest tu, za rogiem, w szpitalu na Francuskiej.

Najstarszy śląski wic

To jedna z anegdot z nowej książki Marka Szołtyska „Humor śląski”. Jest tu zabawny rozdział o wymienionych z nazwisk śląskich księżach – kawalarzach. Są anegdoty z historią Śląska w tle. Choćby ta z około 1920 r., z czasu biedy, powstań śląskich i zażartych sporów między Ślązakami polskimi i niemieckimi. W Radlinie pod Wodzisławiem farorz był wtedy propolski, a masorz – czyli rzeźnik – proniemiecki. Obaj robili sobie różne złośliwości. Starzy mieszkańcy Radlina opowiadają, że na koniec jednej z niedzielnych Mszy św. proboszcz w czasie ogłoszeń parafialnych powiedział: „Przypominam parafianom, że w piątek jak zwykle jest bezmięsny dzień postny, dlatego wosztu nie jemy. Chyba że jest to woszt od takiego jednego niemieckiego masorza. Bo ten woszt jest tak cyganiony, że w nim właściwie mięsa nie ma – i w piątek możecie to jeść z czystym sumieniem”.

Autor opisał też najstarszy śląski wic. Ma około 800 lat i dotyczy... butów. A zrobiła go święta księżna Jadwiga Śląska, żona śląskiego księcia Henryka Brodatego. Była Niemką z Bawarii, ale od 12. roku życia żyła na Śląsku, gdzie nauczyła się mowy Ślązoków. „Zdarzyło się pewnego razu w porze zimowej, (...) że księżna, naśladując Chrystusa, chodziła boso po lodzie i śniegu (...), a opat Gunter, będąc jej spowiednikiem, ofiarował jej nowe buty, stawiając warunek, aby je nosiła. Jadwiga przyjęła je z podziękowaniem, nosząc je, ale pod pachą”. Gdy po pewnym czasie sprawa wyszła na jaw, księżna wypaliła do spowiednika: „Zaprawdę, ojcze, byłam ci posłuszna, bo przecież te buty, któreś mi podarował, nosiłam często”.

Koty z Rojcy wcisły szałot

Poza wicami i anegdotami jest jeszcze pewien niezwykły rozdział. To „Poczet Szwejków śląskich”. Co to za jedni? Otóż prawie każda miejscowość, zwłaszcza mniejsza, miała kiedyś swojego oryginała, który nadawał jej koloryt. Często ten oryginał był niepełnosprawny intelektualnie, choć nie zawsze. Marek Szołtysek zawarł w tej książce zabawne, ale nie wyśmiewające opowieści o takich „śląskich Szwejkach” z 30 śląskich miejscowości. Jest więc o Yjdit, która codziennie tą samą trasą wzdłuż dróg w pobliżu kościoła św. Floriana wypasała przed 40 laty ostatnią w Chorzowie krowę. Jest o oryginałach z Piekar, dzielnic Rudy Śl., Radzionkowa, Mysłowic, Siemianowic...

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości