Tajemnice albumu oberpolicmajstra

Wspaniale wydany album to unikatowe wydawnictwo, prawdziwa kopalnia wiedzy na temat powstania styczniowego i jego uczestników.

Trudno wyjść z podziwu, biorąc do rąk ogromny tom „Albumu policmajstra warszawskiego”. Wydany przez PIW, na dobrym papierze i z doskonałymi ilustracjami, to prawdziwa gratka nie tylko dla miłośników historii. Piękna okładka to zapowiedź tego, co znajdziemy wewnątrz, czyli mnóstwa informacji i zdjęć z czasów powstania styczniowego, zbieranych przez… no właśnie – przez kogo?

Premier oskarżony

Czy zbierał je osobiście baron Płaton Aleksandrowicz Fredericks, od 1 stycznia 1864 do 30 czerwca 1866 roku ober- policmajster warszawski, który później awansował na naczelnika żandarmerii, czyli carskiej policji politycznej? A jeżeli tak, to do czego były mu potrzebne? – Trudno odpowiedzieć z całą pewnością, czy powstanie albumu było prywatną inicjatywą barona, który chciał mieć pamiątkę po swoim pobycie w Warszawie i uczestnictwie w stłumieniu powstania, czy też powstał dla potrzeb urzędu, którym Fredericks kierował. Jedno jest pewne: zdjęcia zostały zgromadzone przez carski aparat represji dla celów identyfikacyjnych. Pewne jest także, że album znajdował się w rękach rodziny Fredericksa. To historia niemal sensacyjna – wyjaśnia prof. Jolanta Sikorska-Kulesza, która publikację opracowała. – W 1911 roku syn policmajstra Konstantin przybył do Warszawy z albumem, który – jak się domyślamy – chciał sprzedać. Zostawił go na przechowanie u Polaka, niejakiego Bielińskiego. W czasie nieobecności Fredericksa w Warszawie mieszkanie Bielińskiego przeszukała żandarmeria i skonfiskowała m.in. album, który następnie wysłano do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Petersburgu, nieoficjalnie tłumacząc Fredericksowi, że stanowi on własność państwową. Nie mogąc odzyskać albumu, Fredericks wstąpił na drogę sądową. O poniesione straty oskarżył m.in. ówczesnego premiera Piotra Stołypina. Śmierć Stołypina wstrzymała bieg sprawy, którą w 1914 roku umorzono, a Fredericks odzyskał album. Prawdopodobnie zdążył jeszcze przekazać go do Warszawy, skoro w 1927 roku Józef Bieliński sprzedał album Muzeum Wojska Polskiego.

Oryginalny, zamykany klamrą album był grubszy od wersji wydanej obecnie, gdyż po obu stronach kart były naklejone zdjęcia. Autorką współczesnej strony opisowej jest prof. Jolanta Sikorska-Kulesza, przed którą stało trudne zadanie. – Przede wszystkim musiałam zidentyfikować sfotografowane osoby, podpisane cyrylicą i tylko nazwiskiem. Nie udałoby się tego zrobić, gdyby nie istniejące już kartoteki i wydawnictwa. Największe znaczenie miała kartoteka uczestników powstania styczniowego przechowywana w Instytucie Historii PAN. Powstała w wyniku prac międzynarodowego zespołu historyków i archiwistów pod kierownictwem prof. Wiktorii Śliwowskiej. Co najważniejsze, zgromadzone tam informacje dotyczą osób z całego obszaru dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Sesja zdjęciowa w plenerze

Ze względów technicznych, bo przecież ówczesny sprzęt nie pozwalał na robienie zdjęć w warunkach polowych, większość zamieszczonych w dziale „Bitwy i potyczki…” obrazów to fotograficzne reprodukcje związanych z powstaniem rysunków, rycin i drzeworytów. Część z nich ukazywała się w publikacjach za granicą zaboru rosyjskiego, w Austrii i Francji. Znalazło się tu tylko kilka oryginalnych fotografii. Nie wszystkie zostały przez posiadacza właściwie opisane, co skorygowała prof. Kulesza. I tak fotografia podpisana jako „Nabożeństwo w bandzie” w rzeczywistości pochodzi z roku 1865 i przedstawia Mszę w lasku pod Kungarem w guberni permskiej. W tym czasie przez miasto przechodziły liczne grupy zesłańców, a w swoim pamiętniku z tego okresu Jadwiga Prendowska wspomina, że wśród nich byli również księża. „Ci mieli aparata kościelne i mensy. Otóż urządzali w lesie, w największym sekrecie, kaplicę – szałas z gałęzi splecionych naprędce, na stole przykrytym obrusem krzyż, parę lichtarzy – i odprawiali Msze św. Było to bardzo podniosłe i rozrzewniające” – czytamy w pamiętniku.

Inne oryginalne zdjęcie, podpisane „Polscy Żuawi w grocie”, nie zostało zrobione w obozie powstańczym, lecz na podwórzu domu w Krakowie, gdzie mieścił się zakład fotograficzny. Powstało już po rozwiązaniu słynnego oddziału, kiedy przed Wielkanocą 1863 roku 15 byłych członków elitarnej jednostki założyło mundury i sfotografowało się w zakładzie Walerego Rzewuskiego. – Walery Rzewuski… Artysta i zacny patriota obfotografował nas, zdaje się, cztery razy, na swym podwórzu, ustawionych w grupach – opisał sesję Stanisław Grzegorzewski, jeden z utrwalonych na zdjęciu żuawów. Przez długi czas fotografia ta uchodziła za wykonaną w obozie powstańczym, została nawet uznana przez historyka fotografii za pierwsze polskie zdjęcie wojenne. Rzewuski rzeczywiście robił zdjęcia w obozie Langiewicza w Sosnówce, żadne z nich się jednak nie zachowało lub też się nie udały.

W albumie znalazły się również fotografie zamieszczone przez policmajstra bądź jego urzędników przez pomyłkę, czego przykładem jest zdjęcie rysunku zatytułowanego „Polscy ułani”. Scena przedstawia o. Adama Logę, dominikanina, kapelana powstania listopadowego, a nie styczniowego.

Zesłani do imperium

Warto zwrócić uwagę na dział „Dowódcy band”. Poświęcony jest on przywódcom oddziałów powstańczych, zarówno tym znanym, jak i tym, których nazwiska zagubiły się w niepamięci. W powstaniu brały udział również kobiety. W dziale, gdzie zamieszczono zdjęcia osób poszukiwanych przez władze rosyjskie, znalazła się Anna Pustowójtówna, najbardziej znana uczestniczka powstania. Stała się symbolem udziału kobiet w powstaniu 1863 roku, tak jak Emilia Plater w powstaniu listopadowym.

Nie zabrakło w albumie duchownych, którzy w różny sposób brali udział w tych wydarzeniach lub sympatyzowali z ruchem niepodległościowym. Jest stracony przez Rosjan ks. Brzóska, dowódca jednego z oddziałów, a także ks. Antoni Białobrzeski, administrator archidiecezji warszawskiej, który w październiku 1861 po wtargnięciu rosyjskich żołnierzy do warszawskiej katedry polecił zamknąć wszystkie kościoły i kaplice w Warszawie. Jest również Leopold Marcin Otto, pastor Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Był on, jak czytamy w książce, orędownikiem „polonizacji ewangelików, aktywnym uczestnikiem wydarzeń 1861 roku… Organizował nabożeństwa patriotyczne w kościele ewangelickim”. Został skazany na zesłanie za „przychylność dla powstałego w 1861 roku zamętu”, ale ze względu na stan zdrowia uniknął kary. Jest również Dob Beer Meisels, nadrabin warszawski, zwolennik asymilacji Żydów i współpracy z Polakami. W 1861 roku za zamknięcie synagog na znak solidarności z duchowieństwem katolickim został uwięziony w Cytadeli i wydalony z Królestwa.

Najobszerniejszy rozdział zatytułowano „Zesłani do Imperium”. Zesłanie było najczęstszą karą wymierzaną ujętym powstańcom. Kojarzy się nam przede wszystkim z syberyjską katorgą. W rzeczywistości przynajmniej połowa z około 40 tysięcy zesłanych po powstaniu odbywała kary w europejskiej części Rosji. Chociaż wielka fala powrotów nastąpiła po amnestii z 1867 roku, w stosunku do księży jej zastosowanie było bardzo ograniczane. Fotografie miały dla zesłanych ogromne znaczenie, bo prócz listów były jedyną formą łączności z rodziną i przyjaciółmi pozostawionymi w kraju. „Album policmajstra…” to jedyna w swoim rodzaju encyklopedia informacji na temat uczestników powstania 1863 roku. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg