Tajemnice cysterskiego opactwa

Klasztor oliwski przeżył napady krzyżaków, husytów, a nawet samych gdańszczan. Przeciwstawił się epidemii dżumy, a jeden z jego opatów był... agentem służb specjalnych.

Dzieje Oliwy nierozerwalnie związane są z cystersami. Założone przez zakonników opactwo, niemal od samego początku stało się celem zbrojnych ataków. Z jakiego powodu oddział „bożych bojowników” zapuścił się z Czech i Moraw aż nad Bałtyk?

Sierotki nad morzem
W sierpniu 1431 roku Krzyżacy najechali ziemię dobrzyńską i Kujawy. W odpowiedzi Władysław Jagiełło zawiązał przymierze z oddziałami czeskimi w celu podjęcia akcji odwetowej. Dowódcą „sierotek” – radykalnego odłamu husytów, był Jan Čapek.

„Boży bojownicy” słynęli z szybkich, nieoczekiwanych ataków i doskonałej organizacji. Jako pierwsi na masową skalę zaczęli używać broni palnej, a także opancerzonych wozów uzbrojonych w niewielkie działa i rusznice, uznawane za pierwowzór czołgów. We wrześniu 1433 r. połączone siły polsko-czeskie dotarły do Gdańska, który w tamtym czasie był pod panowaniem krzyżackim. „Sierotki” przez cztery dni ostrzeliwały miasto, powodując niewielkie zniszczenia.

– To była bardziej demonstracja siły, a nie próba zdobycia miasta. Dla „heretyckich” husytów klasztor oliwski był zdecydowanie łatwiejszym i bardziej pożądanym celem ataku – tłumaczy Adam Kromer, historyk, autor książki o Oliwie.

„Sierotki” za cichym przyzwoleniem Polaków spustoszyły i spaliły opactwo oraz okoliczne wioski, a następnie udały się nad brzeg morza, które wywarło na nich wielkie wrażenie. Jak podaje Jan Długosz w swoich rocznikach: „wszystko wojsko, tak konne jako i piesze, rzuciwszy się w bród morski jak tylko mogło najgłębiej, po falach wyprawiało sobie gonitwy. Harcowali jedni z drugimi”.

– Według krzyżackiego kronikarza Marcina Mauriniusa, husyci wbiegali do morza w ubraniach, a następnie nalewali słoną wodę do butelek na pamiątkę tak dalekiej wyprawy – uzupełnia A. Kromer. Sam Jan Čapek miał wjechać konno w fale i przemówić do „bożych bojowników”, że właśnie osiągnęli kraniec ziemi. Po kąpieli nadszedł czas powrotu do Czech. W nagrodę za skuteczny „rajd na Bałtyk” dowódca husytów otrzymał od Jagiełły... wielbłąda.

Opat agentem kontrwywiadu
Wśród oliwskich opatów byli znakomici poeci, budowniczowie, mecenasi sztuki, dyplomaci, a także jeden... pracownik tajnych służb.

– Michał Antoni Hacki jako zaufany człowiek Jana III Sobieskiego wraz z Pawłem Gratą, poczmistrzem pruskim urzędującym w Gdańsku, tworzył siatkę kontrwywiadowczą na Pomorzu – wyjaśnia A. Kromer. Każda zagraniczna korespondencja trafiała na stół opata, który dzięki swoim zdolnościom kryptograficznym udaremniał wrogie działania magnatów oraz obcych poselstw.

– Jedną z najbardziej spektakularnych akcji Hackiego było zdemaskowanie Jana Andrzeja Morsztyna, znanego barokowego poety, który wraz z francuskim ambasadorem usiłował rozbić antyturecki sojusz austriackiego cesarza i króla Sobieskiego. Dzięki skutecznej operacji kontrwywiadowczej plan Morsztyna spalił na panewce, a sam poeta został oskarżony o zdradę stanu i uciekł do Francji – mówi A. Kromer. Według niektórych, Hacki ostatecznie zdradził Sobieskiego, próbując go otruć.

– To oskarżenie nie trzyma się kupy. Król leżał wówczas na łożu śmierci. Po co opat miałby przeprowadzać zamach na dogorywającego władcę? Informacja pochodzi z francuskiej plotki powtarzanej wielokrotnie na europejskich dworach – wyjaśnia A. Kromer. – Hacki oprócz tego, że był bardzo skutecznym agentem Jana III Sobieskiego, zaliczany jest do najwybitniejszych opatów oliwskich – uzupełnia dr Sławomir Kościelak, historyk Uniwersytetu Gdańskiego.

– Dbał o rozwój klasztoru, fundując wielki ołtarz główny oraz nowy portal w fasadzie zachodniej kościoła. W protestanckim Gdańsku wspierał finansowo również inne katolickie klasztory – dodaje. Hacki zaangażował się także w proces beatyfikacyjny Adama Trebnica, jednego z poprzednich opatów. Odkrył, że zwłoki zmarłego zachowały się w nienaruszonym stanie pomimo 37 lat od pogrzebu.

Mamy gości
W 1576 roku królem Polski został Stefan Batory. Hołd nowemu, katolickiemu monarsze złożył cały kraj. Za wyjątkiem... zdominowanego przez luteranizm Gdańska. Ze względu na poparcie udzielone Batoremu przez ówczesnego opata oliwskiego Kaspera Geschkaua, pod murami klasztoru pojawiły się gdańskie wojska.

– Żołnierze wyłamali bramy i rozpoczęli poszukiwanie znienawidzonego opata, który w ostatnim momencie zdążył uciec. Napastnicy brutalnie pobili zakonników, zastrzelili podprzeora oraz jednego ze służących i uprowadzili przeora Klemensa Montaua – opowiada A. Kromer. Po kilku dniach gdańszczanie ponownie napadli na Oliwę, paląc wszystkie zabudowania.

– Napastnicy wyżyli się także na grobach osób pochowanych w klasztorze. Na skutek ich destrukcyjnej działalności bezpowrotnie zniknął grobowiec książąt pomorskich, przez co wciąż nie wiemy, gdzie dokładnie zostali oni pochowani – mówi dr S. Kościelak. Na szczęście opactwo oliwskie nie było wyłącznie celem ataków. – Klasztor odwiedzali również możnowładcy, biskupi, a nawet królowie, m.in. Przemysł II, Zygmunt III Waza, Jan III Sobieski, Jan Kazimierz czy August II.

– Goszczenie monarchy wraz z dworem było prestiżowym, ale jednocześnie bardzo kosztownym przedsięwzięciem. Wizyty królów w Oliwie świadczą o ogromnym znaczeniu klasztoru – podkreśla dr S. Kościelak. – Przez dłuższy okres sam Ignacy Krasicki, nazywany „księciem poetów polskich”, starał się zostać opatem oliwskim, ale mu się to nie udało – dodaje A. Kromer.

Dom zarazy
Najdostojniejsi goście wjeżdżali na teren opactwa cysterskiego przez Wielką Bramę. Na początku XVIII w. budynek zyskał złą sławę – zaczęto mówić o nim Dom Zarazy. Do dziś wielu mieszkańców Gdańska nie wie dlaczego. Był rok 1709, na Pomorzu pojawiło się „morowe powietrze”. Śmierć zbierała obfite żniwo – po straszliwych mękach zmarło blisko 30 tys. osób.

– Na skórze pojawiały się czarne plamy i wrzody, które pękały, puszczając krew i ropę. Zarażony człowiek umierał w ciągu trzech dni. Zwiastunem nieuchronnie zbliżającego się końca było... kichanie, którego chory w żaden sposób nie mógł powstrzymać. Stąd wziął się zwyczaj życzenia kichającemu „na zdrowie” – wyjaśnia Marek Chomicki, wieloletni przewodnik po Trójmieście. Dżuma zapukała również do klasztornych bram. Pierwszą ofiarą był Kaspar Burchardt, cysters i zarazem proboszcz kościoła św. Jakuba.

– Krótko potem ówczesny opat Kazimierz Dąbrowski wydał stanowczy rozkaz zamknięcia opactwa. Nie przyjmowano gości, żaden z zakonników nie mógł opuścić klasztoru – tłumaczy M. Chomicki. Wydane zarządzenie nie załatwiło całkowicie problemu. Okoliczni mieszkańcy potrzebowali duchowego wsparcia i opieki, dlatego w Wielkiej Bramie zagospodarowano pomieszczenie, w którym uruchomiono kaplicę. Okazało się jednak, że żadnemu z zakonników nieśpieszno było opuszczać bezpieczne mury opactwa. Pozostawało tylko jedno wyjście z tej sytuacji – zarządzono losowanie. Ten, który wyciągnął najkrótszą słomkę, szedł pełnić kapłańską posługę wśród chorych i cierpiących.

– Miał obowiązek codziennie rano rozpalić w piecu. Dym, który unosił się do góry, informował konfratrów, że kapłan żyje. Kiedy wysłany zakonnik nie dawał umówionego znaku przez dwa dni, przeprowadzano losowanie od nowa. Przez trzy miesiące epidemii zmarło ośmiu duchownych. Dzięki tej metodzie straty wśród zakonników były tak niewielkie – wyjaśnia Chomicki.

Aleksander von Humboldt, znany XIX-wieczny przyrodnik, określił Oliwę mianem jednego z najpiękniejszych zakątków świata. Burzliwe losy niewielkiej miejscowości, przyłączonej do Gdańska 1 lipca 1926 roku, były i wciąż są inspiracją dla podróżników, pisarzy i poetów. Może dlatego, że wiele oliwskich tajemnic wciąż czeka na odkrycie...

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| HISTORIA, KULTURA

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg