Jeszcze nowszy rozdział

O kłopotach z nazwą, inspiracjach z góry i niepodrabialnym stylu KOMBI ze Sławomirem Łosowskim rozmawia Szymon Babuchowski

Szymon Babuchowski: Mam przed sobą płytę podpisaną już nie „Łosowski” ani nawet „KOMBI Łosowski”, tylko „KOMBI”. Co się zmieniło, że wróciłeś do starej, dobrej nazwy?

Sławomir Łosowski: To nie było takie proste – przywrócić tę nazwę w natłoku medialnej dezinformacji wokół zespołu. Takie stopniowe przywracanie nazwy związane było z istnieniem grupy o podobnej nazwie: Kombii, założonej przez moich byłych muzyków. Chodziło więc o to, żeby nas nie mylono ze sobą w czasie mistyfikacji dokonywanej przez media, które wmawiały Polakom, że Kombii to KOMBI. Zetknąłem się z cichymi działaniami torpedującymi moje wysiłki przywrócenia siebie i zespołu do artystycznego życia, dlatego musiałem wszystko to wyprostować – jako właściciel tej nazwy, szef grupy i jej założyciel. Od dwóch lat gramy jako KOMBI i tak już pozostanie.

Łącznikiem z przeszłością jest też sama okładka „Nowego albumu”, liternictwem i zdjęciem wewnątrz przywołująca płytę sprzed lat – „Nowy rozdział”. Czy tą płytą otwierasz nowy rozdział zespołu KOMBI?

Od strony muzycznej – zdecydowanie tak. Czy to będzie sukces komercyjny – tego nie wiem, ponieważ czasy są inne i o tym, czego ludzie słuchają, decydują media, a nie jakość artystyczna. Ale od strony artystycznej jest to jedna z najlepszych moich płyt. Jeżeli w ogóle nie najlepsza.

Czy definitywnie planujesz ten rozdział bez udziału byłych muzyków KOMBI: Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka?

Oczywiście, że tak. Przecież oni odeszli z zespołu w 1992 r. – od tamtej pory minęło już prawie ćwierć wieku! Nie ma o czym mówić. Przypomnę jednak, że w 2003 r. z myślą o fanach chciałem przywrócić zespół do istnienia w ostatnim składzie z 1992 r., ale koledzy odmówili. Więc nie miałem wyboru – połowa ostatniego składu, czyli ja i perkusista Tomek, została uzupełniona o dwóch nowych muzyków.

W ostatnim roku sporo zmieniło się też w Twoim życiu osobistym: zmarła Twoja żona. Rozumiem, że przerwa w działalności KOMBI była spowodowana głównie jej chorobą?

Tak, bo choroba to nie jest tylko sprawa medyczna. To było stwardnienie rozsiane, a w tym przypadku chory jest zdany na pomoc innych osób. Musiałem wybierać: albo opieka nad żoną, albo działalność artystyczna. Gdy dzięki zaangażowaniu także innych osób opieka była dobrze zorganizowana, pojawiła się możliwość mojego powrotu do muzyki – jeszcze nie w pełnym wymiarze, ale na tyle, że mogliśmy zacząć grać koncerty. Właśnie wtedy, 10 lat temu, przyszedł do zespołu nowy wokalista – Zbyszek Fil. Ale silniki KOMBI ruszyły pełną parą dopiero teraz, po wydaniu „Nowego albumu”.

Nie było Ci trudno wziąć się do pracy w tak trudnej chwili, tuż po śmierci żony?

Ale ja nie wziąłem się do pracy dopiero po śmierci żony, bo pracowałem nad „Nowym albumem” już od początku 2014 roku. Żona słuchała powstającej muzyki, bo pracowałem tuż obok jej łóżka w sypialni, gdzie miałem moje instrumenty. Ostatnie lata jej choroby były dla niej tak trudne, że mogłem wszystkiego się spodziewać. Jestem człowiekiem wierzącym i dla mnie choroba czy śmierć nie są niczym zaskakującym, tylko naturalną rzeczywistością, którą każdy człowiek przeżywa. Jasne, że rozstanie z najbliższą osobą to bolesne doświadczenie, ale trzeba żyć dalej i robić to, do czego ma się powołanie. Dlatego teraz, gdy mam swój czas do dyspozycji, zintensyfikowałem pracę artystyczną.

Wielki powrót i od razu jubileusz?

Nowa płyta zbiegła się akurat z 40-leciem zespołu. Tworzyliśmy tę płytę dość długo ze względu na moją sytuację. Taki dłuższy proces ma sporo zalet: człowiek nabiera dystansu do tego, co już dotąd zrobił. Stare przysłowie mówi: co nagle, to po diable. A ta płyta okazała się bardzo mocnym wydarzeniem artystycznym. Nie jest to jakaś składanka starych hitów na 40-lecie, tylko 10 premierowych utworów, z których jesteśmy dumni. To płyta prawdziwa – wyprodukowana przez nas, bez ingerencji osób z zewnątrz, bez podlizywania się jakimś modom. Zagrana we własnym, rozpoznawalnym stylu muzycznym KOMBI.

Nie kusiło Cię, żeby po tylu latach zrobić coś całkiem nowego?

Może i kusiło mnie, aby niektóre piosenki zrobić inaczej, ale powstrzymywali mnie przed tym fani KOMBI. Liczyli, że przy wszystkich nowych pomysłach, które musiały się pojawić, zachowam kombiowe brzmienie. I nie zawiedli się. Nie byłbym sobą, gdybym zaproponował teraz zupełnie inną muzykę. Chyba że wystąpiłbym pod nazwą Combi, pisaną przez „c”, albo Kommbi, przez dwa „m”. (śmiech) Wtedy moglibyśmy zagrać nawet reggae, folk czy bluesa.

Chodziło mi raczej o to, że Ty się zmieniasz, dojrzewasz – i to powinno być słyszalne.

Ale to jest słyszalne! Mam nadzieję, że to słyszysz. To nie jest przecież kalka tego, co robiłem wcześniej. Zarówno w kompozycjach, aranżacji, jak i w produkcji. W moich syntezatorach mam szereg nowych brzmień, których nie miałem w epoce, kiedy nagrywałem „Nowy rozdział” czy „KOMBI 4”. Wypracowałem je w ostatnich 10 latach. Być może one również sugerują to, że gra Łosowski, ale to jest po prostu mój styl. I to jest raczej powód do radości, że mam własny styl i jestem rozpoznawalny.

Co jest, Twoim zdaniem, kwintesencją tego stylu?

Mam duszę kresową, więc lubię utwory dość melodyjne, ale jednocześnie oparte na mocnym bicie. Lubię, kiedy muzyka porywa do ruchu, do tańca. Tak było u mnie zawsze, od pierwszej płyty „KOMBI” z 1980 r. aż do dzisiaj. Na każdym z albumów są utwory utrzymane w rytmie, powiedziałbym, nawet dyskotekowym. Na pierwszej płycie – „Piękna, szalona”, na drugiej – „Ostatnie safari”, dalej: „Kochać cię za późno” czy „Za ciosem cios”. Zawsze są piosenki, które mają zwykły, ćwiartkowy podział stopy, werbel na dwa i cztery. Ale lubię też inne struktury, inne historie, które słychać szczególnie na „Nowym albumie”.

Do tego dochodzi chyba jeszcze kwestia brzmienia?

Tak, bo jestem zarówno kompozytorem, jak i wykonawcą. Klawiszowiec to funkcja istotna w tym zespole, klawisze w nim dominują. Moje sposoby artykulacji, rozkładania akordów, takie, a nie inne dźwięki, które wkładam między wokal, nadają muzyce charakter. Podczas pracy nad „Nowym albumem” czasami spieraliśmy się, czy te „historyczne” dźwięki dać głośniej, czy ciszej, miejscami chciałem je w ogóle wyciąć. Ale realizator mówił: zostaw to, przecież to jest twój podpis!

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Autopromocja