Przepis na szczęście

– Wydawało mi się idiotyzmem, bym mógł opowiadać o Bogu, kiedy nawet bałem się przeżegnać publicznie – mówi hiszpański scenarzysta i reżyser Juan Manuel Cotelo.

Edward Kabiesz: Lubi Pan filmy o agencie 007?

Juan Manuel Cotelo: Dlaczego pan pyta?

Bo dokument „Ziemia Maryi” rozpoczyna się jak filmy o Bondzie, a Pan wystąpił w nim w roli agenta.

Wolę filmy z Johnnym Englishem. Rzeczywiście nawiązują do agenta 007, ale chodziło mi o sparodiowanie tych filmów. Jest tam jednak pewien poważny element. Chciałem przedstawić bohatera, który w sposób uczciwy pragnie poznać prawdę o Kościele i który nie obawia się prawdy.

Uważa Pan, że ludzie boją się tej prawdy?

Tak. Jest wiele osób, które boją się prawdy o Bogu. Na początku „Ziemi Maryi” dowiadujemy się, że agent będzie drążył prawdę o Bogu bez strachu. Czyli „nie bój się, ale staraj się Go zrozumieć”.

Filmowy agent „Ziemi Maryi” był wychowywany w wierze w Boga, jednak później zaczął wątpić. Ile z tego bohatera jest w Panu?

Sto procent. Ja też wątpiłem. Dopóki człowiek nie nawiąże takiej bezpośredniej relacji miłości z Bogiem, nie można powiedzieć, że Go zna. Jak sądzę, Bogu nie chodzi o to, abyśmy po prostu wierzyli w Niego i uważali, że rzeczywiście istnieje. Diabeł nie przeżywa wątpliwości, bo wie doskonale, że Bóg istnieje. Ale Pan Bóg wymaga czegoś więcej. Chce od nas relacji miłości. Jeżeli ktoś mówi: „wierzę w Boga”, ale nigdy z Nim nie rozmawia, to wie, że istnieje, i może nawet to uzasadnić, ale nie ufa Mu do końca, jego wiara staje się czysto teoretyczna i nie jest tak naprawdę praktykowana w życiu. Jeżeli człowiek chce poznać Boga, musi otworzyć serce, nie tylko rozum. I właśnie to przydarza się naszemu agentowi.

Kiedy więc zaczął Pan wierzyć sercem? W jednym z wywiadów powiedział Pan, że w swoim czasie bardzo dobrze się bawił i chciałby bawić się do końca życia.

Zawsze dobrze się bawiłem, a teraz jeszcze lepiej niż wtedy. Moje dzieciństwo i młodość były szczęśliwe, wszystkie zajęcia zawodowe dawały mi dużo szczęścia. Byłem szczęśliwy w momentach największego cierpienia. Nawet wtedy, kiedy zmarł mój ojciec. Miałem wówczas 13 lat. Jest taki rodzaj szczęścia, który da się połączyć z płaczem. Ale jest prawdą, że kiedy skończyłem 16 lat, wiedziałem, czym się zajmę w życiu. Chciałem opowiadać historie. Dlatego studiowałem dziennikarstwo i przez następne 25 lat życia zajmowałem się różnymi formami przekazu audiowizualnego. Jednak nieświadomie szukałem czegoś, co było mi wtedy nieznane. W telewizji robiłem m.in. program, który miał ponad 3 miliony widzów tygodniowo. Ale chciałem czegoś więcej niż pieniędzy i sukcesu, który przyszedł do mnie szybko. Pojawił się moment, w którym zacząłem wraz z córkami chodzić na Msze, ochrzciłem je, a w końcu wybrałem życie, w którym równolegle są: Bóg, rozrywka i praca. To, że zacząłem opowiadać inne historie niż wcześniej, wiązało się z odkryciem, że historia miłości Boga do ludzi i ludzi do Boga to najlepsze, co można opowiadać. A są to nie tylko historie ciekawe, ale również formacyjne. Zmieniają ludzkie życie. To, że wybrałem taką drogę, nie było moim pomysłem. To Bóg wszedł w moje życie. Nawet dla mnie było to niemożliwe do zrozumienia. Gdyby zależało to tylko ode mnie, nie zdobyłbym się na taki zwrot w moim życiu. W moim ówczesnym rozumieniu był to głupi pomysł. Wydawało mi się idiotyzmem, bym mógł opowiadać o Bogu, kiedy nawet bałem się przeżegnać publicznie. Aż poczułem gdzieś w sobie takie wołanie: „Ty to właśnie zrobisz”, ale przez trzy lata odmawiałem i opierałem się Panu Bogu. Trzy lata. To nie była nagła decyzja, stał za nią szereg wydarzeń.

Które z tych wydarzeń miało największe znaczenie?

Poznanie ludzi, którzy nie tylko wierzyli w Boga, ale żyli Bogiem. Zazdrościłem im i powiedziałem sobie, że chcę takiego życia jak oni. Pomyślałem wtedy, że być może tajemnica zawiera się w tym, że oni kochają Boga, a ja w Niego tylko wierzę.

Kim byli ci ludzie?

Francuski mistrz boksu, członek pewnego gangu z Medellin w Kolumbii i syn przewodniczącego partii komunistycznej z Madrytu, którzy dzisiaj są księżmi, żongler z cyrku, japoński rzeźbiarz, scenarzysta z Hollywood. Było to kilkanaście osób poznanych w ciągu roku. Dalej spotykam takich ludzi, bo Pan Bóg nie bierze urlopu. I nie sądzę, aby miał wykidajłę na bramce. Każdego może zawołać.

Jaka była Pana pierwsza „praca dla Boga”?

Dokument „Ostatni szczyt”. Miałem przyjaciela, który przez pół roku męczył mnie, mówiąc: musisz poznać takiego wspaniałego księdza. Ale nie brałem tego specjalnie do serca. Zgodziłem się tylko dlatego, że chciałem, by przestał mi suszyć głowę. Pomyślałem: przywitam się, przedstawię i tyle. Rozmowa początkowo trwała minutę, ale osoba księdza zaczęła mnie fascynować. Powiedział mi: „Jeżeli jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, poproś mnie o to”. Dwanaście dni później ten ksiądz zginął w górach. Zacząłem go poznawać po jego śmierci. Dowiedziałem się, że był w tym samym wieku co ja i też fascynował się wspinaczką górską. Przyjaciel, który mnie z nim poznał, nie konsultując się ze mną, zamieścił ogłoszenie w internecie, że będę robił film o tym księdzu. I dodał, że jego owocem będą powołania kapłańskie. Rozgniewałem się i powiedziałem: „Nie, nie robię żadnego filmu o żadnym księdzu”. Mam inne plany, nikt nie będzie mi dyktować, jaki film zrobię. Ale jak widać, nie chcąc tego filmu, jeszcze zagniewany, zrobiłem go. A w trakcie realizacji modliłem się: „Panie Boże, niech ten koszmar już się skończy”. Początkowo wyświetlały go cztery kina w Madrycie, później już 60, a w końcu 120. Bez jakiejkolwiek reklamy. Nie schodził z ekranów przez 6 miesięcy, pokazywano go w 18 krajach. Zaraz po premierze dostałem wiadomość od młodego człowieka, który napisał mi, że po obejrzeniu tego filmu postanowił zostać księdzem. Później poznałem osobiście 50 takich młodych ludzi, którzy też podjęli taką decyzję. Myślę, że to dzieło Pana Boga.

„Ostatni szczyt”, film o tematyce religijnej, odniósł sukces komercyjny, a przecież powszechnie wiadomo, że Hiszpanie nie chodzą do kościoła.

Do kościoła może nie chodzą, ale do kina już tak. To, co pan mówi, jest prawdziwe tylko częściowo. Twierdzi się powszechnie, że Hiszpanie stracili wiarę w Boga. Prawdą jest, że nastąpiła u nas degradacja moralna i religijna. Podobnie jak na całym świecie. Można spojrzeć na to z innej strony i powiedzieć, że liczba osób, które chodzą do kościoła, jest większa niż tych, które chodzą na mecze piłkarskie. Kiedy papież odwiedził Hiszpanię, na ulicę wyszły 2 miliony osób. Ale o tym niespecjalnie się mówi. Myślę, że trzeba odróżnić przekaz medialny od rzeczywistości. Jeżeli jakiś ksiądz popełni jutro występek, od razu poznamy jego imię, co zrobił, z kim, ile razy. Jeżeli natomiast będzie dobrym księdzem, który idealnie wypełni swoją misję, nikt nie opublikuje o tym żadnej informacji. Jaki z tego wniosek dla widza czy czytelnika? Księża są okropni.

Czy „Ziemia Maryi”, Pana następny film, również trafił do kin?

Tak. Miał dwukrotnie większą widownię, na razie w 26 krajach.

Dlaczego nie emitowano go w hiszpańskiej telewizji?

Dobre pytanie. To tajemnica. Są filmy hiszpańskie, które gromadzą 5 czy 6 tysięcy widzów, a telewizja w Hiszpanii kupuje te filmy i płaci 500 tysięcy euro za prawa do emisji. A nie kupuje filmu pokazywanego w 26 krajach na świecie.

Czy w Hiszpanii istnieje telewizja katolicka?

To też dobre pytanie. Tak, jest telewizja katolicka, ale również nie pokazała „Ostatniego szczytu”. Natomiast zakupił go Netflix, największa na świecie internetowa wypożyczalnia filmów. Podobnie jak „Ziemię Maryi” i „Ślady stóp”, które wkrótce będą miały polską premierę. 

Juan Manuel Cotelo

ur. w 1966 r. Hiszpański scenarzysta, dziennikarz telewizyjny i reżyser filmów dokumentalnych o tematyce religijnej. Do jego najgłośniejszych obrazów należą: „Ostatni szczyt” (2008), „Ziemia Maryi” (2013) i „Ślady stóp” (2016), które będĄ miały wkrótce polską premierę.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama