Nareszcie!

Już nie musi przedstawiać się jako dziecko swoich rodziców, nie musi być postrzegana przez pryzmat gościnnych występów z tym i owym. Mika Urbaniak przemówiła – a raczej pięknie zaśpiewała – wreszcie własnym głosem, na solowym debiucie zatytułowanym „Closer”.

Być dzieckiem sławnych rodziców to obciążenie czy atut?
Zależy, jak się do tego podchodzi. Kiedy przyjechałam do Polski, odczuwałam to jako wielkie obciążenie. Czułam, że czegokolwiek bym w muzyce nie zrobiła, pozostanę ich cieniem, nigdy nie osiągnę porównywalnego sukcesu. Podobnie było w życiu prywatnym. Poznawałam kogoś na imprezie, rozmawialiśmy, ale kiedy dowiadywali się, kim jestem, zaczynali pytać o rodziców. A ja chciałam, żeby ich uwaga skupiona była na mnie! To był taki dziecinny bunt, próba pokazania, że ja też chcę zaistnieć, też jestem ważna. Ale im bardziej jestem dojrzała, tym bardziej doceniam to, co mam. Możemy w domu porozmawiać o muzyce, mogę się rodziców poradzić, zarówno w sprawach artystycznych, jak i biznesowych. Oni wiedzą, jaki to styl życia, jak to wszystko wygląda za kulisami – to ogromny plus.

Dzieciom idoli nie jest łatwo, bo wszyscy, mniej lub bardziej świadomie, oczekują od nich kontynuacji dzieła rodziców. Jak to, co robisz z muzyką, ma się do twórczości Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak? Czy artystycznie również jesteś ich córką?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam… Moi rodzice są bardzo uczuciowi, bardzo wrażliwi, podchodzą do muzyki sercem, a nie umysłem. Myślę, że odziedziczyłam po nich tę wrażliwość, miłość do muzyki i przekonanie, że emocje są najważniejsze. Z drugiej strony, lubię poczucie bezpieczeństwa. Oni zawsze ryzykowali, ja robię to niechętnie. Wolę poruszać się w obszarach, w których czuję się komfortowo, chociaż wiem, że to mnie trochę krępuje, jako artystkę. Chciałabym umieć podejmować ryzyko, radzić sobie, kiedy ktoś rzuca mnie na głęboką wodę. Od mamy przejęłam również poczucie, że muzyka to zabawa, że trzeba z niej czerpać przyjemność.

Kiedy uświadomiłaś sobie, że wychowujesz się w dość nietypowym domu?
Miałam sześć lat. Poszłam do szkoły i od razu zdałam sobie sprawę z tego, że jesteśmy kompletnie inną rodziną. Nie tylko dlatego, że jesteśmy z Polski, że to inna kultura. Codzienne życie w naszym domu niewiele miało wspólnego z tym wszystkim, co działo się w innych rodzinach.

Kiedy przyjechałaś do Polski?
Miałam 21 lat. Ponad osiem lat temu…

Skąd pomysł, by sprowadzić się tu na stałe?
To był przypadek. W tamtym czasie naprawdę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Przerwałam szkołę, znalazłam sobie normalną pracę. Mama, która ciągle podróżowała pomiędzy Warszawą, a Nowym Jorkiem, zaproponowała, żebym przyjechała z nią i spróbowała, jak tutaj się mieszka. Nie zamierzałam zostać długo. Co roku myślałam, że zaraz wrócę do Nowego Jorku, ale nie zrobiłam tego. Wcześniej, kiedy jeszcze byłam na studiach, ojciec dzwonił do mnie i namawiał na przyjazd do Polski, tłumacząc, że będę mieć tu więcej możliwości. I pewnie miał rację. W tamtym czasie pracował nad projektem, w którym mogłam wziąć udział, a ja – pomimo że bardzo pragnęłam tworzyć muzykę w grupie ludzi – kompletnie nie wiedziałam od czego zacząć. Z moim charakterem dość trudno było mi się jednak także odnaleźć w Ameryce, wśród ludzi, którzy nawet jeśli mają niewiele talentu, to są niesamowicie odważni, zdeterminowani i szalenie w siebie wierzą. W Nowym Jorku niemal każdy chce być artystą i błyskawicznie udowadniać wszystkim siłę swojego talentu. We mnie takiej chęci nie było, nie chciałam się przepychać, chciałam moje doświadczenia budować powoli i w sposób przemyślany. Byłam kiedyś w Stanach na konferencji muzycznej, na której było chyba z 300 osób, a wszyscy przedstawiali się, że są niesamowitymi muzykami, po czym na przykład… bardzo słabo śpiewali. Ja mam zupełnie odwrotnie. Nigdy w siebie zanadto nie wierzyłam, brakowało mi pewności, nie umiałam się „sprzedawać”, pokazywać na siłę. Nie miałam ambicji stawania się od razu gwiazdą światowego formatu, chciałam podejść do tego naturalnie i bez presji. Odkrywać muzykę we mnie, dopieszczać ją w ciszy i spokoju, bez niepotrzebnego napięcia i stresu. Ale wśród rekinów taka pokora i skromność niekoniecznie są atutem i czasem może się okazać, że nagle znajdujesz się w miejscu, w którym zupełnie nie chciałaś być. Każdy jednak potrzebuje trochę wsparcia z zewnątrz. Odrobiny pomocy, by do końca uwierzyć w to, co się tworzy. Ale z taką postawą byłoby mi w Ameryce znacznie trudniej…
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Więcej nowości