Licealistki z Cieszyna zajrzały do szafy babci

Uważa się, że to najcenniejszy polski strój regionalny. Jeden z jego elementów stanowił równowartość "malucha". Mieszkańcy Śląska Cieszyńskiego pokazali swój skarb na Rynku w Cieszynie.

Nie byłoby tego spotkania, gdyby nie Maria Sojkowa, urodzona w 1875 r., niezwykła mieszkanka Śląska Cieszyńskiego, która ma swoją lampę w Uliczce Cieszyńskich Kobiet przy tutejszym Zamku. Była żoną, mamą i działaczką społeczną. Członkinią Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, mocno zaangażowaną w przyłączenie Śląska Cieszyńskiego do Polski. To jej postać zainspirowała Dorotę Kanię, katechetkę w II I LO im. M. Kopernika w Cieszynie, by zrealizować coś, czego jeszcze w mieście nad Olzą nie było.

Dorota wymarzyła sobie, żeby sto osób założyło miejscowy strój regionalny i zaprezentowało go na tutejszym rynku, ustawiając się na liniach konturu stroju żeńskiego, wyrysowanego kredą na bruku. A żeby ten widok poszedł w świat, zaprosiła dziennikarzy, by wdrapali się na ratuszową wieżę i stamtąd zrobili zdjęcie osobom ubranym w stroje. Zatytułowała swój pomysł "Sto na sto – sto strojów na stulecie niepodległości". Bo jubileusz ten można upamiętnić w różny sposób. Zwłaszcza w miejscu, które ma ważną kartę w historii Polski.

To z myślą o Marii Sojkowej Dorota Kania zaprosiła na cieszyński rynek mieszkańców regionu w strojach cieszyńskich. Wiadomość o spotkaniu najpierw rozeszła się wśród licealistów "Kopera" i ich nauczycieli. Podchwycili ją przyjaciele Doroty – wolontariuszki z Hospicjum im. Łukasza Ewangelisty, któremu prezesuje, tancerze i śpiewacy Zespołu Pieśni i Tańca "Ziemia Cieszyńska", dyrektorzy przedszkoli, mieszkańcy miasta i okolic. Swoją obecność obiecał także burmistrz Ryszard Macura, przyszła także nestorka – dobiegająca 80. roku życia Eugenia Banotowa.

  Urszula Rogólska /Foto Gość Od lewej: Eugenia Banot –najstarsza cieszyniaczka prezentująca suknię na rynku, Dorota Kania – inicjatorka akcji "Sto na sto" i burmistrz Ryszard Macura

Tylko czy zbierze się setka osób? Było ich ponad sto! Wiele pań – zwłaszcza członkinie Kół Gospodyń Wiejskich i "Ziemi Cieszyńskiej" ma własne stroje. Młodzi zajrzeli w zakamarki babcinych i prababcinych szaf, popytali znajomych, starszych i znaleźli. Julia Brożyna, licealistka "Kopera", założyła suknię cieszyńską, którą odziedziczyła po babci. Miała ją na sobie drugi raz. Pierwszy – w czasie konfirmacji. Bo w Kościele Ewangelicko-Augsburskim wraca tradycja, by w tym ważnym momencie życia podkreślić swoją tożsamość kulturową.

Koleżanka Julii, Klaudyna Handzel z Kończyc Wielkich, też odziedziczyła suknię po babci. Mówi, że na pewno ma ponad 60 lat, jeśli nie więcej. Kilka razy miała już ją na sobie: podczas gminnych dożynek czy występów w szkole podstawowej. Ania Sobol ze Świętoszówki po strój poszła do pani wójt. Też już w nim występowała kilka razy podczas różnych uroczystości, jeszcze jako uczennica szkoły podstawowej. Strój pożyczyła także Ada Tomaszewska, by razem z koleżankami wziąć udział w wyjątkowym przedsięwzięciu na rynku. Dziewczyny czuły się świetnie w strojach, choć potrzebowały trochę pomocy przy ubieraniu poszczególnych ich elementów.

Julia Sarna z Brennej wypożyczyła strój od koleżanki. Michał Padło z Międzyświecia – od taty koleżanki. Julce strój żeński bardzo się podoba, jest wygodny – wbrew pozorom – choć przyznaje, że przy zakładaniu go także potrzebowała pomocy starszych cieszyniaczek. Michał trochę narzeka – niewygodnie, ale da się wytrzymać.

Licealistki "Kopera", przyglądając się sobie – ku zaskoczeniu, ale i radości nauczycieli – nieśmiało rzuciły: – A może byśmy tak się ubrały na studniówkę? Choćby tylko do poloneza?

  Urszula Rogólska /Foto Gość Nauczycielki "Kopernika" w sukniach cieszyńskich

Wśród dorosłych uczestników spotkania była m.in. Halina Sajdok-Żyła, z KGW Macierzy Ziemi Cieszyńskiej z Mnisztwa. – Jakiś czas temu skompletowałyśmy i odświeżyłyśmy stroje – zakładamy je na kościelne uroczystości, ważne lokalne spotkania – mówi, prezentując swój strój: – Żywotek z haftem ślubnym, czyli tę część gorsetową, odziedziczyłam po szwagierce męża. Fartuchy mam ze trzy, podobnie jak inne panie.

Po raz pierwszy suknię cieszyńską miała na sobie Regina Rakowska, dyrektor "Kopernika": – Jest dreszczyk emocji i wielka radość z tego, co widzę. To dla nas wszystkich nowe doświadczenie, ale mam nadzieję, że będziemy je kontynuować. Chyba łyknęłam bakcyla i tak dziś pomyślałam: przecież taki strój trzeba mieć! Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Cieszę się bardzo, że pomysł pani Doroty przypadł do gustu także młodzieży, która się bardzo starała, by znaleźć, wypożyczyć stroje i zaprezentować się na rynku.

Po prezentacji strojów w centrum miasta, zdjęciu z lotu ptaka i odśpiewaniu kilku pieśni cieszyńskich – nie zabrakło oczywiście "Ojcowskiego domu" – uczestnicy spotkania przeszli do budynku liceum, gdzie odbyło się prawdziwie rodzinne spotkanie ze strojem w roli głównej. Najpierw wszystkich powitała piękną cieszyńską gwarą szkolna polonistka Ewa Błasiak-Kanafek, zachęcając młodzież do używania jej na co dzień, a następnie Dorota Kania opowiedziała o Marii Sojkowej,

Maria Sojkowa, z domu Biłko przyszła na świat w Lesznej Górnej. Stąd przeniosła się na trzy lata do Cieszyna, gdzie uczęszczała do szkoły sióstr boromeuszek. Wyszła młodo za mąż za wdowca z trójką dzieci i zamieszkała w Trzyńcu-Oldrzychowicach. Aktywnie udzielała się w Polskim Związku Niewiast Katolickich – na zebraniu założycielskim w Jabłonkowie wygłosiła wykład na temat roli kobiety dawniej i dziś. Kiedy uczestniczyła w różnorakich kongresach, zwracała uwagę swoimi wystąpieniami i cieszyńskim strojem, który nosiła z dumą, także w czasie delegacji zagranicznych i w Warszawie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»
Komentowanie dostępne jest tylko dla .