Musiałam ten film zrobić

O życiu, które zawsze jest ponad śmiercią i złem, mówi Maria Stachurska, reżyserka filmu „Położna”.

Agata Puścikowska: Rozmawiałyśmy ponad trzy lata temu, gdy rozpoczynałaś prace nad filmem „Położna” o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej z Auschwitz, Twojej ciotce. Właśnie odbywa się jego premiera. Co w minionym czasie było dla Ciebie najtrudniejsze?

Maria Stachurska: Z pewnością właśnie… czas. Byłam pewna, że uda się film nakręcić dużo szybciej. Pierwotnie planowaliśmy 20 dni zdjęciowych. Tymczasem zaczęły się potknięcia i problemy, a prace się wydłużały. Powinnam może to przewidzieć, bo zawsze mam pod górkę, gdy poruszam sprawy cioci. Z drugiej strony to dobrze, że prace się przeciągnęły, bo po dwóch latach doczekałam się… śniegu w obozie, dzięki czemu mogłam nakręcić zimowe sceny. Kolejna trudna sprawa to moja osobista, wewnętrzna walka, którą musiałam stoczyć. Jeszcze jako młoda dziewczyna, nastolatka, obiecałam sobie, że nigdy nie pojadę do Auschwitz. Nie chciałam być w obozie. To dla mnie miejsce traumatyczne, głęboko przenikające duszę i serce. Nie mogę oglądać filmów dotyczących obozu, bo po prostu niemal współodczuwam tamto męczeństwo.

A film musiałaś zrobić.

Właśnie. Musiałam – to dobre określenie. Kiedy dostałam po śmierci moich wujków mnóstwo zapisków, dokumentów dotyczących życia ich mamy Stanisławy Leszczyńskiej, wiedziałam, że to rodzaj testamentu, który należy wypełnić. Jeśli więc musiałam, to wyboru nie było. Musiałam się przełamać i pojechać do obozu. Musiałam się z tym zmierzyć i stworzyć sceny z obozu. Opierałam się na historiach, opowieściach i świadectwach osób, które zetknęły się z Leszczyńską. Część z nich doświadczyła obozu. Nie ukrywam, wiele mnie to kosztowało.

Na poziomie duchowości, emocji?

Nie wiem do końca, jak to nazwać. Docierały do mnie po prostu tragedie pomordowanych. To wywołało pewne przygnębienie, pewną moją „nieobecność” dla świata, wydarzeń. Ale jednocześnie otrzymałam dar: inne spojrzenie na współczesny świat, taki kolorowy, fajerwerkowy, pełen blichtru. Po prostu ten film uświadomił mi z ogromną mocą, że to, co się dzieje tu i teraz, nie jest naprawdę najważniejsze. W zderzeniu z prawdziwym dramatem, z piekłem obozu, wiele spraw nabiera innego znaczenia – czy raczej ich znaczenie blaknie. Złapałam dystans względem wielu zjawisk i wydarzeń. Owszem, one mają znaczenie, ale przeżywane w perspektywie tamtego męczeństwa zyskują właściwe proporcje i ważność. Świadomość i poznanie męczeństwa z Auschwitz-Birkenau, losów dzieci, tysięcy małych męczenników idących do gazu, umierających z głodu, po prostu zmienia. Szczególnie mnie, matkę, a teraz już babcię dwóch małych wnuczek. A tamte kobiety? Bezimienne męczennice. O część zresztą świat się dopomina i o nich pamięta. I bardzo dobrze. Ale na przykład o Romów i Romki nie upomina się w zasadzie nikt. Oni tam przeszli piekło. I co? I przerażająca cisza. Jakby w ogóle ich nie było, jakby byli powietrzem.

W filmie jedna z bohaterek wspomina Romkę, panią Głowacką.

I jest to jedna z mocniejszych dla mnie scen. List, który jest czytany, wspomnienie z obozu, przywołuje postać matki, której poród przyjęła Leszczyńska. Urodził się prześliczny chłopiec, który jako jedyny w obozie otrzymał wyprawkę. Wszystkie kobiety tak bardzo chciały, by przeżył. Niestety, matkę z dzieckiem Niemcy pogonili do krematorium. Inna scena i zarazem postać, którą będę zawsze pamiętać, to kobieta z Wilna, 28-latka. Poród przyjęła Leszczyńska. Ciocia nie zdążyła nawet zapytać położnicę o imię i nazwisko. Dwie godziny po porodzie, zalana krwią, musiała iść z dzieckiem na stracenie. Matka zawinęła dziecko w kawałek papieru, by nie marzło w drodze. Tylko takie ubranko miała… Przez cały czas pracy nad filmem towarzyszyło mi pytanie: jakim człowiekiem trzeba być, by tak traktować innych ludzi, kobiety, dzieci? Pytanie bez odpowiedzi…

Powiedziałaś, że gdy zaczynasz coś robić wokół swojej ciotki, położnej z Auschwitz, zaczynają się schody i pojawiają problemy. Dlaczego?

Nie mam pojęcia. Kiedyś tłumaczyłam to sobie tak: „Ciociu, ty przeszłaś przez Oświęcim. To i ja muszę przejść przez wiele trudów, by ciebie i twoją drogę zrozumieć”. I może właśnie tak jest. Z drugiej strony i ja, i cała filmowa ekipa przez trzy lata przeżyliśmy wiele dobrego. Uczyliśmy się dystansu do wielu spraw, rozwiązywania konfliktów, uważności względem drugiego człowieka. A przede wszystkim jakiejś radości z toczącego się życia. Życia, które zawsze jest ponad śmiercią i złem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg