Na początku była ikona

Malował też akty, pejzaże, martwe natury i abstrakcje. Ale dla wszystkiego, co w życiu stworzył, punktem odniesienia były ikony. 10 lat temu zmarł Jerzy Nowosielski.

Kręciło mi się w głowie

Przyznawał jednak, że od ikony wszystko się zaczęło i w jej kontekście potem rozgrywało. „Na początku było spotkanie i doświadczenie. Przeżycie działania ikony. To było coś wstrząsającego, coś, czego się nie zapomina. Miałem wtedy 19 lat” – opowiadał w książce „Inność prawosławia”. Syn Łemka wyznania unickiego i Polki o niemieckich korzeniach, urodzony w 1923 r. w Krakowie, podkreślał, że duchowo narodził się w Ławrze Poczajowskiej. Wizyta w lwowskim Muzeum Ukraińskim, gdzie napotkał bogatą kolekcję ikon, wzmocniła jeszcze to doświadczenie. „Kręciło mi się w głowie, brakowało tchu w piersiach, nogi odmawiały posłuszeństwa, nie byłem w stanie przejść z jednej sali do drugiej” – wspominał po latach. „Wszystko, co później w ciągu życia realizowałem w malarstwie, było, choćby nawet pozornie stanowiło odejście, określone tym pierwszym zetknięciem się z ikonami”.

Uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy ikon, jednak sam myślał o sobie nieco inaczej: „Nie chcę dać się zamknąć w »twierdzy oblężonej«” – mówił. „Nie chcę być »malarzem ikon«. Chcę być malarzem. I dlatego właśnie w ostatnich latach zacząłem eliminować różnice pomiędzy tzw. ikonami, które maluję, i moimi obrazami świeckimi”. W jego twórczości przeplatały się cerkwie i kobiety. „Kobieta jest symbolem Kościoła. A cerkiew i akt są do siebie podobne. Cerkiew i kobieta to królestwo Boże na ziemi” – tak tłumaczył to pozorne rozdarcie Jerzy Nowosielski.

W 1940 r. rozpoczął naukę u prof. Stanisława Kamockiego w Staatliche Kunstgewerbeschule Krakau – artystycznej szkole zawodowej założonej przez hitlerowskie władze w miejsce zamkniętej krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wcześniejsze spotkania z ikonami tkwiły w nim jednak na tyle silnie, że postanowił studiować ikonopisarstwo w nowicjacie. Lata 1942–1943 spędził w unickiej Ławrze Uniowskiej św. Jana Chrzciciela w Uniowie pod Lwowem. Mnichem jednak nie został, m.in. ze względu na zły stan zdrowia. Wrócił do Krakowa i tam związał się z lewicującym kręgiem przyszłej Grupy Młodych Plastyków. Był asystentem Tadeusza Kantora. Po wojnie studiował na krakowskiej ASP u prof. Eugeniusza Eibischa, ale po dwóch latach zrezygnował (na uczelnię wrócił dopiero w latach 60.). Ikona interesowała go wtedy coraz mniej. „Wpadłem w wir innego malarstwa, innych pokus artystycznych. Straciłem wiarę religijną, a więc straciłem istotną, zasadniczą motywację do interesowania się ikoną. Stałem się całkowicie »świeckim« malarzem, miotającym się między różnymi możliwościami i propozycjami tzw. nowoczesności. A jednak na dnie mojej podświadomości artystycznej było przekonanie, że »nowoczesnym malarzem« naprawdę się nie stałem. Nie potrafiłem” – opowiadał w swojej książce.

Kobiety jak ikony

Na I Wystawie Sztuki Nowoczesnej w Krakowie (1948) wystawił obrazy w stylu abstrakcji geometrycznej. „W tym stanie pewnej niepewności, co ja w sztuce właściwie robię, zacząłem szukać metafizycznych korzeni malarstwa” – wspominał później. „Wtedy narodziło się moje tzw. malarstwo abstrakcyjne. To wtedy zacząłem malować trójkąty, wyobrażając sobie, że tym sposobem o czymś naprawdę opowiadam i coś wyrażam. Dziewczyny, które wtedy malowałem czy rysowałem, były nagie, ale były spokojne, były wyraźne. Były czyste”.

Ikona pojawiła się w jego twórczości ponownie na początku lat 50.: „Wydawało mi się wtedy, że właśnie to doświadczenie rozwiąże wszystkie moje trudności i rozdarcia. A proszę pamiętać, że w tym czasie byłem jeszcze człowiekiem »niewierzącym«. Byłem »doskonałym« ateistą, nie wierzyłem w nic. Nic poza materią. Przyszedł wreszcie moment, kiedy odzyskałem »wiarę«. Nie była to ta sama wiara, którą odziedziczyłem po rodzicach. Raczej zupełnie inna. Był to moment mojego powtórnego »wejścia« do Kościoła”.

Nie wrócił do grekokatolicyzmu. W 1956 r. ostatecznie wybrał prawosławie. Sztuka sakralna przeplatała się w tym czasie u niego z portretami kobiet, pejzażami czy martwymi naturami. Jednak, jak twierdzi znawczyni jego twórczości Krystyna Czerni, malarstwo Nowosielskiego jest przykładem „konsekwentnej i spójnej estetyki, znajdującej swoje teoretyczne uzasadnienie w teologii ikony”. Również kobiety na jego obrazach przypominają świeckie ikony.

Według badaczki Nowosielski czuł się powołany do pisania ikon, jednak tego powołania nie mógł do końca zrealizować, nad czym ubolewał. Szczególnie bolało go odrzucenie ze strony środowiska prawosławnego, któremu najbardziej chciał służyć. Okazywało się bowiem, że oczekiwania budowniczych cerkwi i samego artysty zbyt często się rozmijały. „W społecznościach przywykłych do tradycyjnej, prowincjonalnej ikonografii niecodzienna estetyka artysty budziła wątpliwości i sprzeciw. Stąd niejeden z pomysłów malarza zachował się tylko na papierze. Po dwóch cerkiewnych projektach nie pozostał nawet żaden ślad artystycznego zamysłu – jedynie informacja o niezrealizowanych planach” – pisze Czerni we wstępie do wydanej sześć lat temu przez Znak książki zbierającej listy i zapomniane wywiady Nowosielskiego.

Kolor tajemnicy

Jerzy Nowosielski zaprojektował wystrój kilkudziesięciu świątyń – nie tylko prawosławnych, ale także grecko- i rzymskokatolickich. Jak zauważa Krystyna Czerni, artysta „potrafił połączyć niezależność kreacji z głęboką, osobistą religijnością, chęcią służenia swoją sztuką Cerkwi i Kościołowi”. Tworzył więc to wszystko, co służyło modlitwie: ikonostasy, drogę krzyżową, witraże, sprzęty i szaty liturgiczne. Jednak najważniejsze w jego twórczości pozostają monumentalne dekoracje ścienne, które należą do najwybitniejszych współczesnych realizacji sakralnych w Europie. Zdobią cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej w Lourdes, kościół Ducha Świętego w Tychach, cerkiew Narodzenia NMP w Gródku i wiele, wiele innych. Harmonijne, przeniknięte teologiczną głębią, zanurzone w tradycji, a jednocześnie naznaczone osobistym piętnem, odciśniętym przez niepowtarzalnego artystę.

Fascynacja sztuką wczesnochrześcijańską łączy się u Nowosielskiego ze współczesnym operowaniem skrótem, symbolem, geometrią, które wyniósł z praktykowania malarstwa abstrakcyjnego. To połączenie, stanowiące o jego oryginalności, dla wielu odbiorców okazywało się jednak zbyt śmiałe. Tak diagnozuje ten problem Krystyna Czerni: „Polska religijność – pozbawiona na ogół intelektualnego zaplecza, za to przyzwyczajona do teatralnej, barokowej estetyki przepychu i złoceń – z trudem poddaje się milczeniu. Nawet nowożytna ikona »zaraziła się« wirusem naturalizmu i nabrała cech przyziemnych: rumieńców, okrągłości i światłocienia. Nowosielski (…) na powrót ikonę odrealnił, tchnął w nią nowego ducha. Dla Cerkwi prawosławnej w Polsce ta zmiana okazała się zbyt zuchwała, nie do przyjęcia (…), co dla malarza było źródłem wielkiego cierpienia. Niestety, realizacje artysty w kościołach katolickich także były odrzucane przez wiernych”.

Jego ostatnim dziełem był krucyfiks w kościele św. Dominika na warszawskim Służewie. Ikona Krzyża Zbawiciela Miłosiernego została napisana w latach 1999–2000. Malarz nie zdołał jej jednak całkowicie ukończyć ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Wysmukła postać Chrystusa ma na tym krzyżu czarną barwę, bo czerń to według Nowosielskiego „kolor tajemnicy”. Znamienne jest to, że krzyż otaczają w większości sceny, które rozegrały się po zmartwychwstaniu. Jezus ukazuje się tu Marii Magdalenie, apostołom, Tomaszowi. U dołu krucyfiksu znajduje się grób Adama, na szczycie zaś medalion przedstawiający Chrystusa Pantokratora – władcę i sędziego Wszechświata. To obraz pełen eschatologicznej nadziei. Bo, jak powiedział kiedyś jego autor: „Wszystkie prawdziwe ikony mają taki charakter: widać w nich, jak człowiek swym śmiertelnym ciałem uczestniczy w nieśmiertelnej chwale Boga”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg