„Złote Lwy” z kolcami

Jurorzy tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni mieli ułatwione zadanie. Dyrektor artystyczny zdjął z ich barków część obowiązków, dopuszczając do konkursu tylko 12 filmów.

Ograniczenie ilości tytułów było decyzją słuszną. Co roku zdarzało się, że do konkursu trafiały filmy, które absolutnie nie powinny się były w nim znaleźć. W tym roku ewidentnych pomyłek w selekcji, prócz jednej, nie było. Dopuszczone do konkursu filmy, z wyjątkiem nieznośnie pretensjonalnego „Italiani” Łukasza Barczyka, zasługiwały jeżeli nie na nagrodę, to przynajmniej na uwagę. Jednak ograniczenie liczby tytułów sprawiło, że poza konkursem znalazły się z różnych względów także takie filmy, które z powodzeniem mogły rywalizować o jedną z 20 regulaminowych nagród. Jak chociażby „Lincz” Krzysztofa Łukaszewicza czy „Uwikłanie” Jacka Bromskiego, który wycofał swój film z konkursu, by dać szansę debiutantowi.

Zastanawiam się, czy podobnej decyzji nie powinien był podjąć Jerzy Skolimowski, którego „Essentials Killings” jurorzy tegorocznego festiwalu obsypali deszczem nagród. Myślę, że w tym wypadku decyzja jury całkowicie rozminęła się z oczekiwaniami nie tylko widzów, ale i krytyków uczestniczących w dorocznym przeglądzie polskiego kina. Cenię filmy Skolimowskiego. Szczególnie te z pierwszego okresu jego artystycznej działalności. Ale jakoś bardziej przejmują mnie losy bohaterów filmów Smarzowskiego czy Krauzego niż unurzanego we krwi terrorysty spod znaku półksiężyca.

Film z pewnością na jakąś nagrodę zasługiwał. Na przykład za reżyserię. Wydaje się jednak, że w tegorocznym konkursie było jeszcze kilka innych filmów, którym należało się znacznie większe wyróżnienie.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama