Gdzie szlachta szable ostrzyła

Kolegiata opatowska. Mało który kościół może poszczycić się taką historią i takimi polichromiami. Waleczni rycerze i zwycięscy królowie dumnie spoglądają z barokowych malowideł. Ich zadaniem było patriotyczne wychowanie pokoleń.

Nie jest łatwo szybko ominąć opatowską kolegiatę. Nie tylko ze względu na często korkujący się węzeł komunikacyjny, położony niemalże u stóp świątyni, ale dlatego, że aż żal nie odwiedzić monumentalnego kościoła. – Każdego roku odwiedza nas wielu turystów chcących zobaczyć jedną z najstarszych polskich świątyń oraz poznać bogatą historię miasta, które leżąc na ważnym szlaku na Wschód, dzieliło zmienne losy Polski i regionu – podkreśla miejska przewodniczka.

Okno na Wschód
Pomimo wielu badań i analiz historycznych konia z rzędem temu, kto pokusi się dziś wskazać dokładny czas, fundatora i budowniczego średniowiecznej świątyni. Mimo że historia jej powstania ginie w mrokach dziejów, fundacja potężnego, jak na tamte czasy, kościoła wiązana jest bądź to z rycerzami, bądź z jednym ze zgromadzeń zakonnych.

Jan Długosz w swoich dziełach wspomina, że u początku opatowskiej świątyni są zakony rycerskie, jednak nie do końca wiadomo, czy chodzi o templariuszy, czy joannitów. Pośród hipotez nie sposób ominąć i tej, która fundację kościoła przypisuje księciu Henrykowi Sandomierskiemu. Z zakonami rycerskimi spotkał się on podczas wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej. Po szczęśliwym powrocie miał wybudować dla jednego z nich kościół.

Można dostrzec pewne podobieństwo architektoniczne monumentalnej bryły kościoła do innych budowli wznoszonych przez te grupy rycerskie. Inni historycy wiążą powstanie opatowskiej kolegiaty z zakonem cystersów lub benedyktynów, którzy rezydowali w niedalekim opactwie świętokrzyskim.

Opatów   ks. Tomasz Lis /Foto Gość Opatów
Polichromia z miejscowej kolegiaty
Pierwsze wzmianki o mieście sięgają roku 1189, kiedy w grodzie gościł książę Kazimierz II Sprawiedliwy, a na spotkanie z nim przybył Milwan, opat świętokrzyski. Wielu historyków uznaje nazwę miasta za pochodzącą od tytułu prawdopodobnego fundatora i właściciela kościoła, opata.

– Prawdopodobnie była to świątynia budowana z konkretnym jednoznacznym celem, którym było usytuowanie tutaj stacji misji chrystianizacyjnej na Wschód. Takie przypuszczenia potwierdza dalsza jej historia związana z założoną tutaj siedzibą biskupów lubuskich – wskazuje ks. Michał Spociński, proboszcz kolegiaty w Opatowie.

W 1235 r. Henryk Brodaty oddał Opatów wraz z 16 wsiami biskupom lubuskim z życzeniem, aby stąd korzystniej mogli zajmować się apostołowaniem na Rusi, gdzie prawdopodobnie posiadali już swoją misje. Przez kolejne wieki miasto było świadkiem wielu znacznych wydarzeń związanych z historią i władcami Polski.

To właśnie tutaj wracającego spod Grunwaldu Jagiełłę witała jego żona Anna Cylejska, i stąd para królewska miała jechać do Sandomierza i Krakowa. Czas rozwoju przerwały najazdy Tatarskie w 1500 i 1502 roku, które doprowadziły niemalże do ruiny miasto oraz kolegiatę. Jednak już w 1514 r. za zgodą papieża Leona X biskup lubuski sprzedał miasto Krzysztofowi Szydłowieckiemu.

– Nowy właściciel potraktował leżące w ruinach miasto jak ewangeliczną perłę, którą się odkrywa i kupuje. Pod jego protektoratem miasto i świątynię podniesiono z ruin, przywracając dawny splendor. Dzięki niemu znów wróciło określenie Opatowa jako magna civitas (wielkie miasto) – dodaje proboszcz.

Rycerski elementarz
Jednak osobne karty historii opatowska świątynia wpisywała w działalność sejmików szlacheckich, które odbywały się w niej przez długie lata. Nie umniejszając powagi i znaczenia sakralności opatowskiej kolegiaty i odbywanych w niej nabożeństw oraz jej funkcji jako siedziby kapituły, równie ważnym aspektem jej dziejów była rola, jaką odegrała w życiu społeczno-politycznym całej ziemi sandomierskiej. Odbywające się w niej sejmiki, sądy i szlacheckie spotkania miały także wpływ na przemiany architektoniczne jej wnętrza oraz powstałe polichromie.

Opatowska świątynia jest jedną z nielicznych, w których na ścianach możemy podziwiać zamiast pobożnych czy też ewangelicznych obrazów malowidła przedstawiające historię największych zwycięstw polskiego oręża oraz te odnoszące się do patriotycznego wychowania.

– Te malowidła, według badaczy, miały pobudzać ducha zbierającej się tutaj szlachty. Były swego rodzaju wychowawcą, jak wielkie znaczenie ma obrona ojczyzny i walka o jej wolność. Sam przebieg zjazdu lub sejmiku miał także określony rytuał religijny, choć często zdarzały się „mniej religijne” zachowania szlachty czy przybywających z nią pocztów – opowiada ks. proboszcz.

Sejmik miał zwyczaj zaczynać się Mszą św. Jak podają kroniki, Ewangelii słuchano z dobytymi szablami na znak gotowości obrony wiary. Jednak przed rozpoczęciem obrad ze świątyni wynoszono Najświętszy Sakrament, z tego względu, że miały one często przebieg dynamiczny i obfitujący w momenty dramatyczne. Zdarzały się bójki, podczas których często sięgano po szable. Na murach świątyni do dziś pozostały wyżłobienia, w których szlachta ostrzyła ostrza szabel.

W 1659 r. biskup krakowski Andrzej Trzebnicki polecił przestawić we właściwsze miejsce cztery boczne ołtarze, gdyż podczas obrad „cierpiały nieposzanowanie”.

– Zachowane polichromie cyklu scen batalistycznych są bezprecedensowe ze względu na swój niezwykły rozmach i skalę. Obejmują one przedstawienie bitwy pod Wiedniem, Grunwaldem, na Psim Polu oraz walkę z Turkami. Widać w tym cyklu wyraźnie świecki, a nawet publiczny jego charakter, choć na każdym z tych malowideł możemy dostrzec wątek religijny, wstawienniczy. Ponad scenami bitewnymi znajdują się przedstawienia świętych roztaczających orędownictwo nad walczącymi – tłumaczy Małgorzata Buzikiewicz, historyk sztuki.

Jak podkreślają historycy, malowidła te miały dwie inne funkcje oprócz dekoracyjnej. Historyczną, czyli przypominały o chlubnej przeszłości, oraz edukacyjną, gdyż miały uczyć o cnotach rycerskich i politycznych, budząc ducha patriotycznego w gromadzącej się na sejmikach szlachcie. – Powiązać je możemy w czytelniejszy i bardziej spójny cykl przez osobę św. Marcina i związaną z nią koncepcję prawości rycerskiej – dodaje pani Małgorzata.

Żołnierze św. Marcina
Patronujący kolegiacie nawrócony rzymski legionista i święty biskup Marcin z Tours przez wieki niewątpliwie miał wpływ na rycerskie powiązania opatowskiej świątyni. Dla gromadzących się w niej postać patrona stawała się wzorem oddanej służby, ale i chrześcijańskiego ducha.

Mimo upływu wieków w opatowskiej kolegiacie nadal kultywowane są tradycje rycerskości i szlachetności. Ważną datą był rok 2009, kiedy to Stolica Apostolska uczyniła świętego biskupa z Tours patronem miasta. Podczas rozpoczętych w 2010 r. prac konserwatorskich w kapitularzu odkryto XVII-wieczny fresk, który przedstawia scenę dzielenia się młodego żołnierza Marcina płaszczem z klęczącym żebrakiem. Potwierdza on ciągłość i intensywność kultu św. Marcina w Opatowie, który jest nie tylko patronem opiekującym się świątynią i kapitułą, ale też przykładem postępowania wobec potrzebujących. Te wydarzenia przyczyniły się do podjęcia ciekawej inicjatywy łączącej patrona, rycerską przeszłość kolegiaty oraz czasy obecne. Od kilku lat w Opatowie wręczane są wyróżnienia „Żołnierz św. Marcina”.

– W naszym patronie chcemy nie tylko widzieć dzielnego legionistę, ale także szlachetnego żołnierza, uczącego nas miłości miłosiernej, którą sam praktykował, dzieląc się z potrzebującymi. Te cechy naszego patrona przyświecały idei, aby dostrzec i wyróżnić w naszej społeczności ludzi o szczególnym zaangażowaniu w pomoc potrzebującym i mających „wyobraźnię miłosierdzia”, o której mówił Jan Paweł II – zaznacza proboszcz.

Tytuł nadawany jest każdego roku osobom szczególnie zaangażowanym w działalność na rzecz lokalnej społeczności i w dzieła miłosierdzia. – Takich osób jest wiele obok nas. To one często niepostrzeżenie, ale skutecznie niosą pomoc i wsparcie ubogim. Są współczesnymi św. Marcinami, którzy nie wahają się podzielić symbolicznym płaszczem z najbardziej potrzebującym – dodaje ks. M. Spociński.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

Reklama