Baletmistrz z Taszkentu

Aliszer Biego miał prawie pięćdziesiąt lat, kiedy zaczął uczyć się polskiego, a sześćdziesiąt, gdy przyjął chrzest. Jego historia pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmiany w życiu.

Kiedy mówię ludziom, że miałem styczność z Michaiłem Barysznikowem, to patrzą na mnie z niedowierzaniem. A ja im odpowiadam, że to był przecież taki sam chłopak jak ja! – opowiada ze śmiechem Aliszer. Za rok skończy siedemdziesiąt lat. Oglądamy zdjęcia z jego młodości. Na jednym z nich szczupły tancerz z czarnym wąsikiem unosi się kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Wyciągnięte ręce układają się w literę L, a zgięta w kolanie prawa noga łączy się z lewą, tworząc trójkąt. Z sylwetki artysty bije młodzieńcza energia.

Pożółkła fotografia przedstawia mamę i babcię. Kobiety są ubrane na biało, mają spięte włosy, z powagą wpatrują się w obiektyw aparatu. Kiedy Aliszer zatrzymuje na nich wzrok, na jego twarzy pojawia się wzruszenie. – Obydwie całe życie tęskniły za Polską – mówi emerytowany tancerz, który kilkanaście lat temu opuścił rodzinny Uzbekistan. Postanowił zamieszkać w ojczyźnie swoich przodków.

Głód i upał

W rodzinie Aliszera nie było przymusowych wysiedleń ani innych form represji ze strony władz. Jego babcia była Polką, urodziła się w okolicach Odessy. Po wielu latach spędzonych na terenach należących do dzisiejszej Ukrainy wraz z bliskimi przeprowadziła się do Taszkentu. Tam wyszła za mąż za pochodzącego z Chorwacji Jana Biego. W stolicy Uzbekistanu funkcjonowała wówczas jedna z nielicznych wspólnot katolickich w Azji.

Stanisława ukończyła filologię, dobrze znała kilka języków, m.in. uzbecki, kirgiski, kazachski i turkmeński. Mówiła także trochę po polsku. Aliszer ze wzruszeniem opowiada, że jego mama była bardzo zdolna i dobra, ale niestety zakochała się w złym człowieku. Ojciec porzucił rodzinę, a matka zachorowała na raka i zmarła. Osieroconym dzieciom pozostała tylko babcia. Sama nie była jednak w stanie wychować dorastających wnuków. Czteroletni Aliszer wraz z siostrą bliźniaczką trafił do domu dziecka. To był dla nich trudny czas.

– Nie było co jeść, kawałek chleba i cebulę dzieliliśmy na osiem osób. Miałem jeden zestaw bielizny i jakieś buciki, to wszystko. Na dodatek cały czas doskwierał nam upał, temperatura sięgała 45 stopni – opowiada mój rozmówca. Nauka szła mu niezbyt dobrze, nienawidził geometrii i fizyki. W Związku Radzieckim ogromny nacisk kładziono jednak także na edukację muzyczną. Szybko zauważono, że spokojny chłopak ma talent do czegoś innego niż nauka. Jako kilkulatek trafił na lekcje baletu.

Na scenie

Był tak chudy, że można było policzyć mu żebra. Niska waga nie była jednak jedynym atutem małego tancerza. – Jeśli chcesz tańczyć, musisz mieć biodra na swoim miejscu, długą szyję, wyprostowany kręgosłup i najważniejsze: bardzo mocne stopy – tłumaczy Aliszer. Po kilku latach profesorowie doszli do wniosku, że ich najlepszy uczeń ma predyspozycje do zostania zawodowcem. Ze szkoły baletowej w Taszkencie trafił na półtora roku do Moskwy, a później na trzy lata do Permu u stóp Uralu. Nauczyciele wiedzieli, że nastolatek nie może liczyć na pomoc rodziców, obdarowywali go odzieżą i jedzeniem, dbali o to, aby miał dach nad głową.

Wkrótce zaczął jeździć z zespołem po całym Związku Radzieckim. Tańczył w baletach, operach i operetkach, wystawiał tak znane spektakle jak „Carmen”, „Jezioro łabędzie”, „Dziadek do orzechów” czy „Giselle”. Równolegle rozwijał swoje umiejętności w tańcu nowoczesnym. Z czasem zaczął zarabiać własne pieniądze: najpierw 100, później 150, a już jako zasłużony artysta 250 rubli miesięcznie. Starał się żyć oszczędnie. Pomagał kolegom po fachu, którzy byli w gorszej sytuacji od niego.

W 1972 r. Aliszer założył rodzinę i dalej ciężko pracował. – W Związku Radzieckim nie byliśmy przyzwyczajeni do oszczędzania samych siebie. W Polsce tancerz wychodzi na scenę dwa czy trzy razy w miesiącu. My wychodziliśmy na nią nawet dziewiętnaście razy. Łamałem nogi, miałem kontuzje kolan, bolał mnie kręgosłup – opowiada. W końcu zabrakło mu sił, w 1994 r. zakończył karierę. Próbował rozkręcić własny biznes, cały czas ciągnęło go jednak do baletu. Rozpoczął pracę jako nauczyciel. Zorientował się, że w Polsce mógłby zarabiać więcej niż w Uzbekistanie. Postanowił spróbować.

Fatalne warunki

W 1998 r. Aliszer dostał trzyletni kontrakt w szkole baletowej w Bytomiu. Był zadowolony nie tylko z pracy, ale także z możliwości regularnych spotkań z córką, która wyjechała do Polski na studia. Kiedy dowiedział się, że państwo zaprasza do kraju repatriantów, bez wahania zebrał wszystkie dokumenty potwierdzające jego pochodzenie i zaniósł do konsulatu w Taszkencie. Zamierzał na stałe wyjechać do Polski. Urzędnicy uruchomili proces repatriacji, a on zaczął uczyć się języka. – Ciągłe powtarzanie kolejnych zdań i zwrotów bardzo mnie nudziło. Wolałem tańczyć, a nie tylko siedzieć w jednym miejscu! (śmiech) W przeciwieństwie do wielu innych osób potrafiłem już jednak trochę mówić po polsku – opowiada mój rozmówca.

W 2005 r. Aliszer przyjechał do Łodzi. To właśnie tutaj dostał posadę nauczyciela w szkole baletowej. Przepracował dwa lata, ale nie przedłużono mu kontraktu. Uczniowie pisali w jego sprawie listy do Ministerstwa Kultury, a on szukał zatrudnienia w innych miejscach. Dostał pracę pod Wrocławiem, ale warunki były fatalne: spał w siedzibie firmy, brakowało mu pieniędzy na jedzenie. Najgorsze było jednak to, że dzieci ćwiczyły w nieogrzewanej sali.

Nie mógł na to patrzeć, wrócił do Łodzi. Musiał zadowolić się niską emeryturą i pracą dorywczą. Postanowił jednak ściągnąć do kraju swoją żonę. Mieszkała razem z nim przez jakiś czas, ale nie mogła przyzwyczaić się do nowego otoczenia. Wróciła do Rosji. – Ja nie chcę tam wyjechać, a ona nie chce mieszkać w Polsce. A tyle lat żyliśmy ze sobą… Tyle lat wszystko razem… – mówi ze smutkiem Aliszer.

Wspólnota

Po przyjeździe do nowej ojczyzny emerytowany tancerz brał udział w różnych zajęciach: uczył się polskiego i angielskiego, poznawał historię i zwyczaje naszego kraju. W pewnym momencie spotkał na swojej drodze ks. Antoniego Głowę, który przez kilkanaście lat pracował w parafii św. Mikołaja w Wołgogradzie. Kapłan świetnie znał język, którym na co dzień posługiwał się Aliszer. Zaczęli ze sobą rozmawiać. – Powiedziałem mu o swoich różnych problemach, a on stwierdził, że da mi kilka lekcji na temat tego, kim byli Abraham, Mojżesz itd. Później dodał, że w parafii św. Teresy są katechezy neokatechumenalne. Nie miałem pojęcia, co to jest. Ksiądz Głowa wytłumaczył mi, że tam mnie nauczą wiary i będą prowadzić dalej. Jak tam wszedłem, to już nie wyszedłem! We wspólnocie mam wielu przyjaciół, ludzi o dobrym sercu – opowiada.

W domu dziecka nikt nie zajął się przekazaniem wiary Aliszerowi i jego siostrze. Repatriant z Uzbekistanu przyjął chrzest dopiero w 2010 roku. Uroczystość odbyła się w Kościele Środowisk Twórczych w Łodzi. Od tamtej pory Aliszer jest praktykującym katolikiem: regularnie uczestniczy w Mszach św., a we wspólnocie także w liturgiach słowa. Ostatnio usłyszał, że powinien modlić się za swojego ojca, który wyrządził rodzinie wiele krzywd. – Trudno mi to przyjąć i zrozumieć, ale właśnie taka jest nasza wiara – dodaje.

W Uzbekistanie nie wolno mieć podwójnego obywatelstwa, paszport Aliszera został zatrzymany w ambasadzie. Emerytowany tancerz już go jednak nie potrzebuje. Woli nowe, polskie dokumenty. – Jakiś czas temu postanowiłem sobie, że chcę iść w stronę Polski. Myślę, że mama tego by chciała. Dzisiaj czuję, że jestem Polakiem, a nie Uzbekiem. Zastanawiam się jednak nad wyjazdem na Zachód, tutaj nadal nie mogę znaleźć pracy w zawodzie. Chciałbym, aby nasza rodzina mogła być razem – podsumowuje.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.