Wagon pełen fortepianów

W USA nazywano go „królem pianistów”, „największym ze wszystkich”, „mistrzem”, „czarodziejem klawiatury”. On jednak swoją popularność postanowił przekuć w służbę Polsce. 80 lat temu zmarł Ignacy Jan Paderewski.

To wszystko wymyślił sobie już w dzieciństwie. W „Pamiętnikach”, podyktowanych w latach 30. Amerykance Mary Lawton, wspominał: „Moim prawdziwym pragnieniem było zostać artystą. Nie uświadamiałem sobie jeszcze tego wyraźnie, ale działał już we mnie jakiś wewnętrzny impuls. Byłem pewien, że wybiję się w życiu, muszę tu jednak zaznaczyć, że już w wieku lat siedmiu głównym moim celem było stać się użytecznym ojczyźnie. (...) Miałem nadzieję, że zostanę kimś, kimś wybitnym, aby w ten sposób pomóc Polsce – i to było ponad moimi artystycznymi inspiracjami”.

Palcem po pianinie

Przyszedł na świat w małej wiosce Kuryłówka na Podolu w 1860 r. Wraz ze starszą siostrą wychowywany był wyłącznie przez ojca, Jana Paderewskiego. Matka, nosząca dość oryginalne imię – Poliksena, zmarła zaraz po urodzeniu Ignacego. Jan do czasu powstania styczniowego zarządzał wielkimi majątkami, jednak za pomoc powstańcom został uwięziony na rok, a następnie pozbawiony tej funkcji. Znakomity pianista i polityk wspominał ojca jako osobę odznaczającą się „wybitnym smakiem artystycznym i zamiłowaniem do wszelkiej sztuki”. Jan zajmował się malarstwem i rzeźbą, m.in. tworzył małe figurki świętych do kościołów. „Rzeźbił je powodowany głębokim uczuciem religijnym. Zawsze był czymś zajęty, zawsze wesoły i chętny do pracy. Nie przypominam sobie ojca próżnującego” – czytamy w „Pamiętnikach”.

Jednak muzykalność Ignacy miał, zdaniem rodziny, odziedziczyć po matce. „Gdy miałem trzy lata, przejawiałem już pewne skłonności do muzyki. Fortepian mnie pociągał. Zacząłem grać – co prawda tylko jednym palcem, próbując wygrywać melodie, ale kiedy miałem cztery lata, próbowałem już używać wszystkich palców. Tak więc doszedłszy do czwartego roku życia, posiadałem tyle umiejętności muzycznych” – opowiadał po latach.

Ojciec zauważał te zdolności i chciał zapewnić chłopcu odpowiednią edukację. Niestety, pierwsi nauczyciele Ignacego nie byli edukatorami na miarę jego talentu, on sam wolał zaś po prostu improwizować przy pianinie niż się uczyć. Z czasem zaczął komponować pierwsze utwory. „Początkowo starałem się przede wszystkim, aby kompozycje przedstawiały się pięknie pod względem kaligraficznym. Aby wyglądały pięknie. Do samych dźwięków nie przywiązywałem jeszcze większej wagi” – wspominał.

Dwa sposoby gry

Jako dwunastolatek Ignacy trafił do Instytutu Muzycznego w Warszawie. Tu już na wstępie jeden z nauczycieli zniechęcił go do gry, twierdząc, że jego „ręce nie nadają się do fortepianu”. Później, wskutek konfliktu z dyrektorem konserwatorium, stawiającym wyżej próby orkiestry niż naukę, Paderewski dwukrotnie był wydalany z uczelni. Za drugim razem wraz z kolegami – skrzypkiem i wiolonczelistą – postanowił wyruszyć w trasę, by grając po prowincjonalnych miastach, zarobić na życie. Jednak muzycy ledwie wiązali koniec z końcem, a Ignacy podupadł na zdrowiu. W końcu wrócił do domu, cudem odnaleziony w Petersburgu przez ojca, który wiedzę o miejscu pobytu syna miał uzyskać… we śnie!

Pianista, chcąc wynagrodzić ojcu zmartwienia, postanowił dokończyć naukę w konserwatorium. „Pracowałem tak gorliwie, że w ciągu sześciu miesięcy przerobiłem normalne dwa lata studiów. Uczyłem się dniem i nocą, nic innego nie istniało wtedy dla mnie” – wspominał muzyk, którego świadectwo na koniec roku okazało się najlepsze ze wszystkich. On sam był jednak bardzo krytyczny wobec siebie. Twierdził, że musi się jeszcze wiele nauczyć, dlatego ćwiczył nawet po 12 godzin dziennie. „Połowa mego życia minęła, zanim zdałem sobie sprawę, że są dwa sposoby gry: jeden – to grać, a drugi – pracować nad grą. Jeżeli się tylko gra, nie dojdzie się do niczego. Poniosą bowiem własne emocje i emocje wywołane treścią wykonywanych utworów (...). Pracując zaś nad fortepianem – cierpimy, bo nie mamy wtedy zupełnie przyjemności gry, a tylko wysiłek i trud. Widzi pani, ja przez cały czas, o którym mówimy, tylko grałem, a nie pracowałem nad grą” – tak Paderewski podsumował pierwsze lata edukacji w rozmowie z Mary Lawton.

Nowa gwiazda

Coraz bardziej interesował się też inną dziedziną sztuki muzycznej – kompozycją. Aby rozwijać w sobie ten talent, udał się na początku lat 80. XIX wieku do Berlina, do wybitnego pedagoga w dziedzinie kompozycji – Fryderyka Kiela. Choć Paderewski miał niewiele ponad dwadzieścia lat, był już wtedy wdowcem – jego pierwsza żona, Antonina Korsakówna, zmarła bowiem zaledwie rok po ślubie, zostawiając go z kilkumiesięcznym chorym synem Alfredem. Muzyk powierzył niemowlę opiece przyjaciół, a sam spędził u Kiela siedem miesięcy. „Pracowałem bardzo ciężko, tak ciężko, że nerwy moje nie wytrzymały. Kompletnie podupadłem na zdrowiu” – opowiadał. Kiel jednak był bardzo zadowolony z osiągnięć ucznia. Był też jedną z nielicznych w tamtym czasie osób, które uważały Paderewskiego za ciekawego pianistę.

Podczas zagranicznych podróży artysta poznał aktorkę Helenę Modrzejewską, która zachwyciła się jego talentem i ofiarowała niemałą sumę pieniędzy na dalszą edukację. Dzięki temu muzyk mógł kształcić się w Wiedniu pod kierunkiem Teodora Leszetyckiego. „Odsłonił przede mną nowy świat sztuki muzycznej. Po tylu latach błądzenia po omacku i borykania się z trudnościami teraz po kilku lekcjach wszystkie moje wątpliwości poczęły się wyjaśniać, przejrzałem i zacząłem rozumieć i znajdować drogę do pracy nad swoją grą” – czytamy w „Pamiętnikach”.

W 1887 r. Paderewski zagrał pierwszy koncert w Wiedniu, po którym krytycy okrzyknęli go „nową gwiazdą” na horyzoncie sztuki muzycznej. Rok później występował już w paryskiej Salle Erard, a w 1890 r. odbył trasę koncertową po całej Anglii, grając m.in. przed królową Wiktorią. Mimo że złośliwi brytyjscy krytycy nazywali go „kowalem fortepianu” (z powodu impetu, z jakim uderzał w klawisze), publiczność była zachwycona.

Muzyka i polityka

Tournée po Stanach Zjednoczonych, rozpoczęte w roku 1891, okazało się gigantycznym sukcesem. Amerykanie okrzyknęli go „królem pianistów”, „największym ze wszystkich”, „mistrzem” i „czarodziejem klawiatury”. Odtąd Paderewski miał przemierzyć kontynent z koncertami ponad 30 razy, podróżując własnym wagonem z kilkoma instrumentami, na których podczas jazdy ćwiczył i komponował. Na peronach zaś czekały na niego oficjalne delegacje i tłumy fanów. To był prawdziwy szał – porównywalny z tym, który dziś towarzyszy występom największych gwiazd rocka. Warto dodać, że Paderewski był pierwszym artystą, który wystąpił solo w świeżo otwartej nowojorskiej Carnegie Hall. Do repertuaru występów pianista zawsze włączał własne kompozycje, wśród których sporo było klasycznych i romantycznych form, takich jak sonaty, wariacje, symfonie, koncerty, fantazje czy polonezy. Paderewski ma też na koncie jedną operę – „Manru” na podstawie powieści „Chata za wsią” Józefa Ignacego Kraszewskiego. To jedyna opera autorstwa polskiego kompozytora, która kiedykolwiek została wystawiona w nowojorskiej Metropolitan Opera.

Muzyk nie byłby jednak sobą, gdyby tych sukcesów nie przekuł w służbę ojczyźnie. Po wybuchu I wojny światowej coraz mocniej wykorzystywał swoją popularność do prowadzenia działalności dyplomatycznej na rzecz przywrócenia Polski na mapę Europy. To prawdopodobnie pod jego wpływem prezydent Woodrow Wilson domagał się zapisania w traktacie wersalskim zgody stron na utworzenie niepodległego państwa polskiego. Coraz poważniejsza działalność polityczna, później także funkcje premiera i ministra spraw zagranicznych w odrodzonej Polsce oddaliły go na pewien czas od komponowania. Ale w 1921 r. Paderewski zrezygnował ze wszystkich oficjalnych stanowisk (choć w politykę angażował się do końca życia, współtworząc m.in. tzw. Front Morges, a później wchodząc w skład władz Polski na uchodźstwie) i powrócił do fortepianu. W wieku 76 lat zagrał sam siebie w brytyjskim filmie „Sonata księżycowa”, gdzie w wyjątkowy sposób, mocno uderzając w klawisze, wykonał Poloneza op. 53 Fryderyka Chopina. Zmarł 29 czerwca w 1941 r. w hotelu Buckingham na Manhattanie, krótko po tym, jak amerykańskie miasta obchodziły 50-lecie jego pierwszej trasy koncertowej po USA. W ustanowionym z okazji tego jubileuszu Tygodniu Paderewskiego na jego cześć zagrano aż 6 tysięcy koncertów. Ta liczba najlepiej mówi o tym, jak bardzo polski artysta ujmował słuchaczy za serce. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama