Opisz język dzięcioła

Leonardo da Vinci nie przyjmował zleceń, które go nie interesowały. Malował to, na co miał ochotę. Wystarczyło, żeby przejść do historii.

Początek lat 80. XV wieku. Leonardo da Vinci stara się o posadę na dworze księcia Ludwika Sforzy. Nie jest to dla niego sprawa łatwa, mimo że jest już wówczas znanym artystą i konstruktorem. Konkurentów ma wielu, bo pobyt na dworze i praca dla władcy Mediolanu zapewniały stabilizację, znaczne dochody i możliwość realizacji swoich pomysłów. Sforza poszukiwał wtedy budowniczych przydatnych w czasie wojny.

Mogę się równać z każdym mistrzem

Leonardo napisał, podobnie jak robi się to dzisiaj, list motywacyjny do pracodawcy. Wymienił w nim swoje liczne umiejętności, a przede wszystkim te związane z konstrukcją różnych fortec i machin wojennych. „Stworzę także pancerne pojazdy, bezpieczne i nie do zdobycia, które zdolne będą penetrować siły wroga. Za wynalazkiem tym bezpiecznie i bez przeszkód maszerować może piechota” – czytamy w zachowanym do dziś dokumencie. W przedostatnim punkcie swego podania informuje Sforzę, że w czasach pokoju może projektować i budować domy prywatne oraz obiekty publiczne. „Potrafię także rzeźbić w marmurze, brązie i glinie. Jeśli zaś chodzi o malarstwo, mogę się równać z każdym mistrzem” – dodaje skromnie na samym końcu. Nie wiemy, jak książę zareagował na list Leonarda, ale dekadę później zlecił mu namalowanie „Ostatniej wieczerzy”.

Skala zainteresowań Leonarda da Vinci była niezwykła. W liście do księcia wspomina tylko o części z nich. Tym, co go wyróżniało spośród innych wielkich artystów czy uczonych, nie tylko zresztą epoki, w której żył, była nienasycona ciekawość. Chciał się dowiedzieć, dlaczego ludzie ziewają, co sprawia, że zastawka aorty się zamyka, jak działają szczęki krokodyla. „Opisz język dzięcioła” – zapisał pewnego dnia w swoim notatniku.

Walter Isaacson, autor wydanej właśnie znakomitej biografii artysty, uważa, że nie należy szafować słowem „geniusz”, ale da Vinci jak najbardziej na nie zasłużył. Pozostawał jednak także zwykłym śmiertelnikiem. Dowodem jest chociażby spis jego niedokończonych przedsięwzięć. Pojazdy pancerne, o których pisał w liście do księcia, nigdy nie wzięły udziału w bitwach, latające machiny nie wzbiły się w powietrze, nie zawrócił też biegu rzeki. Wydaje się, że balansował na granicy realności i fantazji. Według Isaacsona „większą satysfakcję sprawiała mu praca koncepcyjna niż mozolne przekuwanie koncepcji w rzeczywistość”. Jednak nawet te niezrealizowane projekty, które ujrzały światło dzienne wieki później, są dowodem jego geniuszu. Podobnie jak prace, które ukończył, w tym przede wszystkim obrazy. Wystarczy wymienić „Mona Lizę” czy „Ostatnią wieczerzę”.

Da Vinci nie przyjmował zleceń, które go nie interesowały. Nie ulegał nawet naciskom wpływowych osób, chyba że był to patron bardzo potężny jak Sforza. Malował to, na co miał ochotę. Przykładem może być humorystyczna niemal historia starań markizy Izabeli d’Este, żony władcy Mantui, by namalował jej portret. W 1500 roku malarz narysował kredą portret Izabeli, a jego replikę zabrał do Florencji. Izabela poprosiła o przysłanie jej kopii, a rok później wysłała do Florencji swego spowiednika Pietra da Novellarę, by wybadał malarza, czy zgodzi się namalować jej obraz do galerii markizy. „Leonardo poświęca większość czasu geometrii i nie ma najmniejszej ochoty brać pędzla do ręki” – napisał ks. Pietro w odpowiedzi na ponaglenia markizy. W kolejnym liście dodał, że matematyczne eksperymenty da Vinci „zaprzątają jego uwagę do tego stopnia, że nie może patrzeć na pędzel”. Malarz wykręcał się jak mógł, mimo że nie cierpiał na nadmiar pieniędzy. Ksiądz Pietro był zrezygnowany. W 1501 roku Leonardo nie znalazł czasu, by odpowiedzieć na następny list markizy, ale zapewnił jej wysłannika, że przystąpił do pracy nad obrazem. Nie ma na to jednak żadnych dowodów. Kiedy w 1506 roku Izabela wybrała się do Florencji, malarz prowadził badania nad lotem ptaków na prowincji i uniknął spotkania. Markiza zobaczyła się natomiast z bratem macochy Leonarda, który obiecał, że załatwi sprawę po jej myśli. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Mistrza nie skusiło hojne wynagrodzenie, a biedna markiza nigdy nie doczekała się obrazu.

Dwa arcydzieła

Swoje największe arcydzieło, „Ostatnią wieczerzę”, da Vinci namalował na zlecenie Ludwika Sforzy, potężnego władcy Mediolanu, który chciał stworzyć mauzoleum rodu w klasztorno-kościelnym kompleksie Santa Maria delle Grazie, w centrum stolicy księstwa. Leonardo przyjął zlecenie, ale opieszałość, z jaką zabierał się do dzieła, wzburzyła przeora, który poskarżył się księciu. Ten wezwał mistrza, który wyjaśnił, że „ludzie doniosłych talentów pracują, mimo że pozornie nic nie robią, w głowie szukają pomysłów, później zaś formują je rękami”. Zagroził też, że jeżeli przeor będzie dalej go naciskał, nada jego rysy twarzy Judaszowi.

Malowaniu „Ostatniej wieczerzy” towarzyszył codziennie tłum widzów, bo we Włoszech tworzenie dzieł sztuki w tym czasie było wydarzeniem publicznym. Leonardo przychodził do refektarza i, jak relacjonował jeden z duchownych, nie schodził z rusztowania „od świtu aż do zmierzchu; przez cały ten czas nie wypuszczając pędzla”. Jednak bywały dni, kiedy w ogóle nie brał pędzla do ręki. Trzy lata po rozpoczęciu prac nad obrazem książę, podobnie jak wcześniej przeor, stracił cierpliwość. W 1497 roku nakazał swojemu sekretarzowi zobowiązać malarza na piśmie do zakończenia prac w terminie. Ostatecznie Leonardo ukończył swoje dzieło na początku 1498 roku. Naścienne malowidło o szerokości prawie 9 metrów i wysokości 4,5 metra pozostaje do dzisiaj najsłynniejszym obrazem religijnym wszech czasów. Leonardo za pomocą dynamiki ruchu i emocji wyrażanych przez każdą z postaci stworzył dramatyczną opowieść o tym, co rozegrało się w Wieczerniku. „Postaci ludzkie należy przedstawiać tak, aby widz mógł wyczytać z pozy ich ciała, co myślą i co zamierzają” – napisał w swoim notatniku. „Ostatnia wieczerza” jest najwspanialszym tego przykładem. Artysta został hojnie wynagrodzony. Zachwycony książę oprócz honorarium podarował mu winnicę w pobliżu klasztoru.

Obraz, który przyciąga tłumy do Mediolanu, wielokrotnie musiał przechodzić renowację. Eksperymentalna technika malarska zastosowana przez artystę zawiodła, bo po 20 latach farba na ścianie zaczęła się łuszczyć, a w 1652 roku obraz stał się niewyraźny. Próby renowacji podejmowano sześciokrotnie, niektóre z nich doprowadziły do pogorszenia stanu dzieła. Ostatnia, kompleksowa restauracja, która rozpoczęła się w 1978 roku, trwała 21 lat.

Obok „Ostatniej wieczerzy” najbardziej znanym obrazem mistrza pozostaje „Mona Liza”. Wielu znawców sztuki na równi z tym ostatnim – albo jeszcze wyżej – stawia „Świętą Annę Samotrzecią” ze względu na większą złożoność ruchu i harmonii. Obraz w 1500 roku zamówili mnisi z klasztoru Zwiastowania NMP we Florencji, którzy często udzielali gościny sławnym artystom. Początkowo dzieło miał wykonać florencki malarz Filippino Lippi, który wcześniej przejął inne porzucone przez Leonarda zamówienie. Jednak kiedy da Vinci wyraził chęć namalowania obrazu do ołtarza, Filippino – jak napisał autor wydanych w 1550 roku „Żywotów najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów” Giorgio Vasari – „będąc człowiekiem uprzejmym, zrzekł się pracy na rzecz Leonarda”.

Na obrazie Madonna, przedstawiona jako uosobienie matczynej miłości, siedzi na kolanach swej matki, św. Anny, i pochyla się, by odciągnąć swego syna od baranka. Zwierzę to stanowi symbol męki i śmierci Chrystusa na krzyżu. Wszystkie elementy obrazu są dowodem artystycznego geniuszu Leonarda. Znajdujemy tu chwilę wypełnioną narracją, stany emocjonalne wyrażane poprzez gesty i ruchy ciała postaci, olśniewającą grę świateł czy delikatne sfumato, czyli łagodne przejścia z partii ciemnych do jasnych, dające mgliste efekty i wspaniałą kolorystykę. Leonardo nie oddał obrazu zakonnikom z klasztoru Zwiastowania NMP. Zachował go do końca życia i przez 10 lat wprowadzał kolejne poprawki. Kiedy w 2012 roku muzeum w Luwrze zorganizowało specjalną wystawę z okazji renowacji „Świętej Anny Samotrzeciej”, w wydanym wówczas katalogu nazwano obraz „największym arcydziełem da Vinci”. A przecież Luwr ma w swoich zbiorach również „Mona Lizę”. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.