Romeo i Julia

Ekranizacje sztuk Szekspira pojawiały się w kinie niemal od samego początku jego istnienia - za najstarszą uchodzi „King John” z 1899 roku.

Co ciekawe, filmów, które można by uznać za „szekspirowskie” arcydzieła światowej kinematografii, było jednak niewiele. Właściwie, najczęściej mówi się o trzech takich obrazach: o „Hamlecie” Laurence’a Oliviera z 1949 roku, „Tronie we krwi” Kurosawy (czyli samurajskiej wersji „Makbeta” z 1957 r.) oraz o „Romeo i Julii” Franco Zeffirrellego z 1968 roku.

Ten ostatni często interpretowany i postrzegany jest przez pryzmat roku, w którym go nakręco. Młodzieżowa rewolta, czasy kontrkultury i kontestacji, buntownicze nastroje 1968 roku… – wszystko to, zdaniem historyków kina, czuć u Zeffirellego. Np. Tadeusz Miczka pisał w książce „Kino włoskie”, że ten film to swoisty „manifest witalnej młodości buntującej się przeciwko prawom ustanowionym przez starsze pokolenie”.

Przede wszystkim jednak „Romeo i Julia” jest czymś, co możnaby nazwać ekranizacją wzorcową. Twórcom udało się bowiem w fantastyczny sposób ukazać na ekranie epokę renesansu, oddać ducha tamtych czasów.

Te tętniące życiem place targowe, urokliwe uliczki i dziedzińce Werony, niekończące się bale maskowe… - niby stałe elementy każdego filmu kostiumowego, historycznego, ale przeważnie dobrze wiemy, że to tylko dekoracje i poprzebierani w stroje z epoki współcześni aktorzy. U Zeffirellego inaczej. Ma się wrażenie, że naprawdę przenosimy się w tamte czasy. Zresztą podobnego wyczynu dokona niemal dekadę później, realizując pamiętnego „Jezusa z Nazaretu” - być może najlepszy film biblijny w dziejach kina (ciekawostka: Olivia Hussey grająca Julię, zagra później Maryję).

Co ciekawe, sporo wątków religijnych znajdziemy także w „Romeo i Julii” – dziele, którego głównym tematem jest miłość, ale wg. Zeffirellego należy widzieć w niej coś więcej niż tylko uczucie. Bo to prawdziwy cud, dar od Boga.

Świetnie widać to np. w scenie sypialnianej. Młodzi bohaterowie budzą się nad ranem, w pomieszczeniu rozświetlonym promieniami wschodzącego słońca. W tle słychać świergot ptaków, a także niezwykle urokliwą aranżację antyfony „Salve Regina” (muzykę do filmu skomponował Nino Rota). Nastrój tej chwili jest absolutnie niesamowity. Gdyby nie świadomość, że oglądamy dwie szekspirowskie postacie, można by odnieść wrażenie, że oto, na ekranie, widzimy biblijną „Pieśń nad pieśniami”.

Takich sekwencji jest w „Romeo i Julii” dużo, dużo więcej. Raz po raz wychodzi religijność reżysera (genialnie pokazana powaga, głębia, misterium sakramentu małżeństwa w scenie  sekretnego ślubu młodych kochanków).

Ale są i bardziej rozrywkowe, widowiskowe epizody. Ślubny patos bardzo szybko przełamuje błaznujący Merkucjo (John McEnery), zaś pojedynek Romea (Leonard Whiting) z diabolicznym Tybaltem (Michael York) to niesamowicie dynamicznie zmontowany fragment filmu, który autentycznie trzyma widza w napięciu.   

Natomiast w finale, gdy po śmierci tak wielu młodych ludzi z rodów Kapuletich i Montekich książę (Robert Stephens) pyta „gdzie są ci nieprzyjaciele?”, można odnieść wrażenie, że cały ten film był jedną wielką metaforą, tego, co przydarza się w dziejach ludzkości nieustannie, a ostatnio miało miejsce w czasie II wojny światowej. Czy naprawdę trzeba tak wielu ofiar, by wreszcie móc zawrzeć pokój?

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.