Opowieść spacerowa

Spacer też niejedno ma imię. Są rożne miejsca, które zachęcają wręcz do spacerowania, przede wszystkim są to tereny zielone, jak miejskie parki, nieodlegle lasy, albo jakieś łąki i pola.

Kiedyś to była czysta beztroska przyjemność. Dzisiaj nawet wejście na trawnik może zakończyć się spotkaniem z podstępnym kleszczem. Ludzie mi tak godajom co z psami po zidlungu chodzą.

Dzieciństwo Jostonta było jeszcze wolne od tego typu stworów, po łogrodku i innych okolicznych chaszczach lotalo się jak chciało, żodyn nie był po powrocie od stóp do głowy inspicjowany na okoliczność tego wtedy nieobecnego w świadomości matek stwora – niy, ceków łonsi niy było.

Drobne uszkodzenia cielesne wyniesione z tych harców i zabaw na łonie natury były dezynfekowane wodą utlenioną, jak zachodziła taka konieczność, to nalepiało się hansaplaster i było po krzyku. Wto nos taką stonką teraz zaraził?

Trudno te powyższe opisy podciągnąć pod kategorię spacer. Na spacer na Jonowie jako bajtel to się chodziło raczej ino w niedziela po połedniu. Trzeba było tysz być łobleconym na niedziela, ło żodnym cioraniu się nie było mowy.

Spacerowanie to jest takie chodzenie noga w nogę, tu się niy loto, ganz langsam – bo z reguły robi się to z kimś. Najprzyjemniejsze są spacery koedukacyjne z libstą, przekształcające się potem – no właśnie – w familijne, czyli niedzielne, bo bez tydzień to wszyscy są fest zagonieni.

Za młodych jostontowych czasów słowo weekend nie było jeszcze znane. Wolne to były poza ruchem ciągłym zasadniczo niedziele – ale nie w górnictwie po wprowadzeniu systemu czterobrygadowego – a wolne soboty to dopierało raczkowały.

Ale kogo to jeszcze dzisiaj interesuje. Nie tak dawno temu – najlepszy dowód, że Jostont jest jeszcze imstandy się to przypomnieć – Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach zorganizowała sobotni spacer po Załężu – jednej z najstarszych dzielnic Katowic.

Przy normalnym spacerze idzie się spacerowo wolnym krokiem, przy takim spacerze historycznym, to jeszcze wolniej, tak jakby w takim muzeum na otwartej przestrzeni, jest chyba takie określenie na to, ale do Załęża ono nie przystaje – to żywa tkanka miejska.

Jostont zabukował przedostatnie miejsce – takie richtich last minute – na sporej liście uczestników. Pogoda dopisywała, komunikacja funkcjonowała, Jostont dotarł na miejsce zbiórki i został odhaczony. Myśloł, że jest już na Załężu, ale to nie było takie jednoznaczne.

Naszym przewodnikiem był silesianista Kamil Iwanicki, autor m.in. książki „Śląsk, którego nie ma”, która powstała – oprócz materiałów źródłowych – na bazie wycieczek – spacerów można by powiedzieć – które autor odbył na przestrzeni dziesięciu lat po tym skrawku ziemi, o którym mówi tak : „Górny Śląsk to przestrzeń pełna kontrastów, które trzeba poznać i zrozumieć, żeby docenić mój Heimat”.

Już po kilku krokach zrobiliśmy stop, bo byliśmy przed kapliczką w miejscu zwanym piyrwyj Christus-Platz. Rozgorzała tu gorąca dyskusja – wielu było miejscowych – gdzie przebiegała kiedyś granica pomiędzy dumną gminą Załęże, a Katowicami. Czy tu właśnie, czy też granicą był i jest potok Osiek dopływ Rawy.

Dalej też było podobnie – uczestniczy mogli co krok zrobić postój, zobaczyć stare zdjęcia, widokówki i mapy w powiększeniu, porównać je ze stanem dzisiejszym, a wszystko to okraszone ze swadą przekazywanymi fachowymi informacjami przewodnika na temat kolejnych obiektów, których wzdłuż całej ulicy Gliwickiej i w odchodzących od niej bocznych ulicach nie brakuje.

Interesująca jest geneza powstania kościoła św. Jozefa, który mogliśmy tylko zobaczyć z zewnątrz, gdyż był zamknięty – być może w niektórych miejscach signum temporis. Jego budowa, jako świątyni wotywnej, uległa przyśpieszeniu po pożarze, do którego doszło w ówczesnej kopalni „Cleophas” w marcu 1896 roku i który pochłonął życie 104 górników.

Jostontowi nasunęło się skojarzenie z podobną katastrofa w ówczesnej kopalni „Deutschland” w Świętochłowicach w czerwcu 1894 roku. W tym przypadku żywiołem była woda – m.in. również Rawy – która na skutek intensywnych dwudniowych opadów wtargnęła do szybu, odcinając 43 górników.

Udaną akcją ratowniczą kierował sztygar Benno Reifland, urodzony w roku 1839 na terenie obecnych Katowic – Wilhelminy. Jego krewną była pisarka Meta Janitzek, z domu Reifland, urodzona w roku 1852 w Lokomotivgrube, czyli gdzieś w okolicach Brzęczkowic w Mysłowicach. Wszystkim uratowanym i ratownikom zostały zrobione zdjęcia, z których powstało tableau, znajdujące się dziś w zborach Muzeum Miejskiego w Zabrzu.

Ocalenie górników znalazło godny wyraz w budowie kościoła dziękczynnego pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła w Świętochłowicach. Budowę rozpoczęto w 1889 roku, kościół poświęcono dwa lata później, a jego konsekracja odbyła się w 1896 roku. Tak to w naszym hajmacie również w takich okolicznościach profanum splatało się z sacrum.

Charakterystyczną cechą Załęża ma być obecność dużej ilości murali na ścianach budynków. Jeden z nich przedstawia Johna Baildona, jednego z pionierów industrializacji, założyciela huty noszącej jego nazwisko.

Inny mural łączy niejako dwie przemysłowe dzielnice Katowic, gdyż jest nazywany Matką Boską Szopienicką i przedstawia portret doktor Jolanty Wadowskiej – Król, która zajmowała się ołowicą na terenie Burowca, Szopienic i Dąbrówki Małej. Pierwsze osoby z terenu najbardziej zagrożonego, czyli wyburzonych starych domów na Burowcu, otrzymały mieszkania m.in. właśnie na Załężu.

Gdy doszliśmy do obecnej Fabryki Chemii Gospodarczej Pollena-Savona, czyli byłych zakładów chemicznych pokoleń rodziny Czwiklitzer, produkujących m.in. mydło, Jostont przeniósł się do myślami do podobnej fabryki Paula Strahla w Szopienicach.

Na byłym budynku gminnym z roku 1897 – Załęże zostało przyłączone do Katowic w roku 1924 – znajduje się ufundowana w roku 2010 tablica z okazji 650 – lecia powstania Załęża – czyli dzisiaj jest to już 665 lat. Czas leci.

Na terenie Załęża znajduje się też budynek różnie zwany – pałac, zamek i dwór – potocznie jako to ostatnie, bo taki jest też przystanek komunikacji miejskiej. W źródłach z epoki określany jest jako Schloß, czyli zamek, ale pierwotnie drewniany budynek został przebudowany w latach 1886 – 1887 przez wszechobecną na Górnym Śląsku spółkę Georg von Giesches Erben na jej regionalna dyrekcję. Architektonicznie podobny do nieodległego budynku dyrekcji byłej Huty Baildon z roku 1908.

W tym jeszcze drewnianym budynku – ale auf Schloß Zalenze – urodził się w roku 1852 Hugo Kegel. Niedługo potem jego ojciec, inspektor gospodarczy Heinrich Kegel zamieszkał w budynku dawnego dworu Sułkowskich na Słupnej koło Mysłowic. Hugo Kegel miał zostać ewangelickim teologiem, stał się ale ostatecznie dziennikarzem i poetą. Od 1876 do 1877 był redaktorem odpowiedzialnym – czyli wszystkim w jednej osobie – Kattowitzer Zeitung. W tym roku opuścił Górny Śląsk, udając się wpierw do Berlina, a następnie już na stałe do Saksonii – za małżonką.

Literackie związki z hajmatem ale pozostały. W roku 1894 opublikował - z uwagi na pobyt na Słupnej – w dobrze mu znanym temacie „Von der Drei-Kaiser-Ecke in Oberschlesien. Historisch-geographische Skizze“. Najcenniejszą publikacją Kegla w dziedzinie literatury górnośląskiej jest niewątpliwie „Oberschlesien in der Dichtung. Eine Anthologie”, która ukazała się w Katowicach w 1897 roku. Autor nie żył już wówczas od dwóch lat.

Przy postoju przed jednym z typowych familoków zostało nam na bazie cytatów z książek Gintera Pierończyka, górnośląskiego pisarza wychowanego na Załężu, przedstawione życie codzienne w takim domu, ze zwyczajami i zachowaniem mieszkańców, których – jak tamtego Górnego Śląska – już nie ma.

I to już był ostatni akord naszego spaceru wzdłuż i wszerz Załęża. Pod każdym względem był to czas pożytecznie spędzony. Byliśmy kilka godzin w ruchu i udaliśmy się do domów z pokaźnym bagażem informacji te temat tej dzielnicy.

Wszystkim chętnym poznania swojej bliższej i dalszej okolicy, chcących dowiedzieć się, co mówią nam nawet stare kafle na murze, na różne kolory pomalowane okna, dedykuję poniższy wiersz:

Seien wir fröhlich und getrost
Nicht über unsere Welt erbost
Prophezeien wir nicht ihren Untergang
Machen wir lieber einen Spaziergang
Heimat ist unsere kleinste Welt
Sie ist die uns am besten gefällt
Bei Sonne und Mond in Regen und Wind
Vereint mit ihr unserer Seele Gefühle sind
Freuen wir uns auf unsere Schritte
Nehmen wir mit eine Brotschnitte
In der Heimat gehen wir durchs Leben
In uns soll sie immer neu weiter leben

Bądźmy radośni i niewątpiący
Nie złośćmy się na nasz świat
Nie prorokujmy jego upadku
Wybierzmy się raczej na spacer
Hajmat to nasz najmniejszy świat
To ten, który lubimy najbardziej
Przy słońcu i księżycu w deszczu i wietrze
Z nim zjednoczone są uczucia naszej duszy
Cieszmy się na nasze kroki
Zabierzmy ze sobą kromkę chleba
W naszym hajmacie idziemy przez życie
W nas zawsze będzie on żył na nowo

W dzisiejszym cyfrowym świecie dostęp do informacji stał się łatwiejszy. Tak jest również w przypadku Załęża - i nie tylko. Po spacerze fizycznym istnieje możliwość zrobienia spaceru wirtualnego – albo odwrotnie - dzięki bazie danych, która powstała dzięki mrówczej pracy doktora Antoniego Steuera i jest dostępna na internetowej stronie Muzeum Historii Katowic pod tym adresem internetowym:

https://www.mhk.katowice.pl/index.php/muzeum-on-line/encyklopedia/leksykon-zaleski

Wto chce Bogucice, to tysz je tu znajdzie – i inne rzeczy tysz.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Więcej nowości

Reklama